wtorek, 31 marca 2009

Wyszłam zadowolona...

... bo film był dobry, bo popcorn słony, a cola gazowana i zimna jak cholera. Bo film był sensacyjny, bo w tę sensację nikt nie wplótł na siłę romansu, a miejsce miałam na samej górze i wszystko świetnie widziałam.

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu - tak było kiedyś. A gdzie prowadzą teraz? Śmiem twierdzić, ze do Nowego Jorku (NY). To miasto, które wypada równie źle co fantastycznie. Juz wyjaśniam.

Jak wygląda na ekranie - małym i duzym - na zdjęciach, w ksiązkach, komiksach - wiedziałam do wakacji sprzed prawie dwóch lat (czas pędzi!). Duzo wtedy rozmyślałam o tym nieziemsko magnetycznym tyglu. I dziś w trakcie seansu, na którym NY pojawił się po raz kolejny (choć nieco fragmentarycznie), miasto do mnie wróciło i zaczęło namawiać do powrotu.

Manhattan, sobota, godz. 2:00 w nocy. Smród. Okropny, wszędobylski smród spalonej kapusty i śmieci. Wilgoć w powietrzu. Środek nocy, na ulicy pełno kolorowych, róznorozmiarowych ludzi. Ciemni, zółci, ogromni, mali, starzy... wszyscy głośni, rzucający się w oczy. Taksówki (słynne zółte taksówki!!!) trąbią ile wlezie, zaczepiają potencjalnych pasazerów. Wszystko daje podwójnego kopa zmysłom; wszystko pachnie, smakuje i wygląda bardziej i więcej. Ludzie pijani, ludzie trzeźwi, ludzie zebrzący, ludzie jedzący, ludzie ludzie ludzie...

Co kilka kroków wózki-budy z jedzeniem: hot-dogi, precle, cola, słodycze. Stąd ten smród kiszonej kapusty - dodawana jest do bułek z kiełbaską. Kolorowe światła, noc jak dzień. Ogromne samochody. Ogromne billboardy. O jeny - jacy Ci ludzie są ogromni! Głowa sama ogląda się za monstrualnych rozmiarów ciałami. Jest też golizna, są kolory i tandetna bizuteria. Przy kazdej restauracji, knajpce etc. góry usypane z worków na śmieci - raj dla szczurów. Za kilka godzin śmieciarki zlikwidują te wyspy odpadów.

Telefon na rogu ulicy, obok kwiaciarnia. Wciąż czynna. Wybieram długi numer do domu. "Jestem cała i zdrowa. Tu - na drugim końcu świata". Serce wali z wrażenia, przerazenia, z nagłej i niepohamowanej tęsknoty. Autobus, który zabierze mnie dalej odjezdza ok. ósmej rano. Sześć godzin czekania przede mną. Tułam się z walizką. Taksówkarze trąbią regularnie i pytają, czy podwieźć na lotnisko. Ulicą w tę, ulicą we w tę. Co chwilę buczą syreny: policja, karetki, straz pozarna. Raz blizej - tuz za rogiem, to znów w oddali.

McDonald's - chociaż jedno znajome miejsce. Wchodzę i zamieram. Jestem jedyną białą osobą. Ja i skośnooka, bosa bezdomna śpiąca przy stoliku na środku sali. Reszta klientów jest ciemnoskóra. Czuję na sobie spojrzenia. Siadam przy stoliku pod ścianą. Rozglądam się nerwowo: wyjść? zostać? Czarnoskóry, gruby stróż stoi przy toalecie pilnując, by korzystali z niej tylko klienci. Sok pomarańczowy smakuje paskudnie, kawa nie przypomina kawy - mdła, słodkawomleczna ciecz o zabarwieniu brudnej wody. Przynajmniej jest gorąca. Obserwuję przewijających się klientów. Krzykliwie umalowane dziewczyny z gołymi brzuchami, chłopcy w szerokich spodniach i koszulkach do kolan. Kazdy chce się wyrózniać. A ja czuję się, jak w amerykańskim teledysku klasy C. Po godzinie mojej obecności w "maku" toaletowy stróz leniwie zagaduje śpiącą przy stoliku. Ona podnosi głowę, nieprzytomnym wzrokiem wodzi po sali, po czym wstaje, kręci się chwilę i siada przy stoliky w kącie. Zasypia oparta o blat stołu, wtulona we własne ramię. Czuję się jak zlepek hamburgerowego tłuszczu, smażonego sera, cukru i soli. Wszystko to osiadło na mojej twarzy, wplątało się we włosy. Po 10u godzinach lotu, godzinie czekania na metro, godzinie jazdy metrem i nie wiem juz ilu godzinach tułania się po Manhattanie chce mi się wyć ze zmęczenia i tęsknoty. Tam po drugiej stronie oceanu jest moje łózko, czysta łazienka i czerwcowe truskawki w lodówce.

Niebo robi się jasne, czego przy takiej ilości neonów nawet nie zauważam. Upał robi się nieznośny. Sklepikarze otwierają swoje sklepiki, tubylcy zaczynają pędzić przed siebie - obowiązkowy kubek kawy w ręku. O 8:00 rano wsiadam do autobusu na stacji Port Authority. Kierunek Ocean City Maryland. Ohydny Nowy Jork zostawiam za sobą.

Trzy miesiące później.

Docieram do Nowego Jorku wieczorem. Stacja pierwsza - hotel. Prysznic i do łózka. Kolejny dzień. Upał jak kilka miesięcy wcześniej. Nie jestem zmęczona, ani przerażona, ani nie mam ze sobą duzej walizki. Morze ludzi. Nie zauważam już duzych ciał i kolorowych twarzy. Miasto pędzi przed siebie. Turystów mozna rozpoznać gołym okiem ( skośnoocy obwieszeni aparatami fotograficznymi to nie mit ;D). Z góry miasto wygląda jak kartka papieru w kratkę - ulice przecinają się pod kątem prostym. Tu nie można się zgubić. "Zaliczam Statuę Wolności, Empire State Building, Ground Zero, siedzibę ONZ i parę innych tzw. obowiązkowych punktów. Później dotrę jeszcze do Natural History Museum, Central Parku.

Zapuszczam się do China Town, potem do Soho. Obie dzielnice dzieli niewidzialna ściana: po jednej stronie tłum biedoty i rupieci rozłożonych w każdym zakamarku chodnika, po drugiej młodzi bogaci i galerie z dziełami o wartości przekraczającej moje wyobrażenia. Po jednej McDonald's (znowu) z chińskimi napisami, po drugiej francuskie i włoskie knajpki, w których w porze lunchu trudno o wolny stolik. Kontrast krzyczy, wrzeszczy!

W parku przy fontannie grają jazzmani amatorzy. Studenci oblegają trawniki. Kawałek dalej za ogorodzeniem jest wydzielona strefa dla psów. Tam mogą bezkarnie biegać i cieszyć się "wolnością".

Słońce zachodzi. Idę w kierunku Times Square. Przede mną pani na klkunastocentymetrowych obcasach. Właśnie wyszła z hotelu. Na dolnym końcu cieniutkiej smyczy dynda jej psina. Pani jest elegancka, wygląda jak milion dolarów. Piesek z kolei jest zdezorientowany. Docieram do celu. Neony, neony, neony. Tłum jak za pierwszym razem. Ale jakby sympatyczniejszy, mniej przerażający. W zasadzie wcale nie przeraża. Wciąga. Czuje się tę niewytłumaczalną radość i jakąś niepojętą dumę z tego, że oto stoi się w środku świata, w miejscu, do którego prowadzą wszystkie drogi. Stoję i patrzę i nie rozumiem. W głowie mam tylko jedno słowo - "kicz". Niesamowicie pociągający, magnetyczny i nigdzie indziej niespotykany, ale jednak kicz. Dlaczego tyle ludzi chce w nim żyć, pracować, zakładać rodziny? Nie wiem, nie rozumiem, ale nie muszę. Wiem, że tego narkotycznego uwielbienia dla tego miasta trudno jest się pozbyć. Nowy Jork najpierw szokuje organizm, który ciężko przyjmuje tak inną, neznaną sobie substancję. Potem jednak nagle, nie wiadomo kiedy rozłazi się po ciele dostarczając emocji, których trudno się wyrzec, o których trudno zapomnieć, których nie można nie pokochać.

Cały świat w jednym miejscu.

2 komentarze:

  1. "cały świat w jednym miejscu"
    najbardziej podobalo mi sie to, ze to miasto zaskakuje cie co piec minut. Co chwile widzisz cos dziwnego, nie jestes w stanie przejsc obojetnie.

    A karaluszki i szczurki najbardziej lubia metro ;)

    Aga

    OdpowiedzUsuń
  2. NY to absolutna fascynacja - ta pozytywna i ta negatywna ;) polecam każdemu kto lubi niezwykłe wrażenia i nowoczesną dzicz ;) Fakt - metro to w ogóle miasto pod miastem ;)

    OdpowiedzUsuń

Opcja 'komentarze anonimowe' po co jest - każdy wie. Jeśli jednak komentarz będzie obraźliwy lub po prostu głupi (typu "ale to głupie")zostanie usunięty. Obraźliwy nie znaczy niezgodny z poglądami autorki ;)
Zachęcam do podpisywania się - będzie mi łatwiej odnosić się do komentarzy.