Kiedyś staniesz na wielkiej scenie
Cisza zapadnie prawie jak przed burzą
Oddechy wstrzymają oddech
Przyłożysz palce i zaczniesz grać
Uszy wyostrzą słuch, płuca będą wdychać każdą nutę
Usiądę całkiem z tyłu
Tam nie będzie świateł i blasku
Zamknę oczy
Puścisz mi oczko jedno i drugie
Będę wiedziała, grasz dla mnie i o mnie
czwartek, 30 lipca 2009
środa, 29 lipca 2009
Licytacja
Proszę Państwa, Proszę Państwa
Nieobiektywnym obiektem dzisiejszej aukcji
Jest Liryczna Cyniczna
Kto da więcej, kto da więcej
Uzębienie w świetnym stanie
Włosy łatwe w utrzymaniu
Je dużo, ale tanio
Kto da więcej, kto da więcej
Bawi tańcem, bawi śpiewem
Jak trzeba mówi
Jak trzeba milczy
Kto da więcej, kto da więcej
...Daję 7 gram miłości!... Sprzedana!
Nieobiektywnym obiektem dzisiejszej aukcji
Jest Liryczna Cyniczna
Kto da więcej, kto da więcej
Uzębienie w świetnym stanie
Włosy łatwe w utrzymaniu
Je dużo, ale tanio
Kto da więcej, kto da więcej
Bawi tańcem, bawi śpiewem
Jak trzeba mówi
Jak trzeba milczy
Kto da więcej, kto da więcej
...Daję 7 gram miłości!... Sprzedana!
Do snu
Długie włosy tulą do snu
Oplata szyję dywan ciemnych nitek
W rzęsach plączą się końce i początki
W zakamarkach ust śpią supły i supełki
Własne ramiona kochają do snu
Dłonie modlą się pod ciężką głową
Ciepłe palce spacerują po sennych udach
Wstydzą się znikają w pościeli
Jeden oddech śpiewa do snu
Spokojne tchnienie opowiada niespokojne sny
Ciche jęki szepczą dialogi
Ciało pachnie ciałem
Mało jest samotności w samotności
Oplata szyję dywan ciemnych nitek
W rzęsach plączą się końce i początki
W zakamarkach ust śpią supły i supełki
Własne ramiona kochają do snu
Dłonie modlą się pod ciężką głową
Ciepłe palce spacerują po sennych udach
Wstydzą się znikają w pościeli
Jeden oddech śpiewa do snu
Spokojne tchnienie opowiada niespokojne sny
Ciche jęki szepczą dialogi
Ciało pachnie ciałem
Mało jest samotności w samotności
wtorek, 28 lipca 2009
Deszcz
Pada deszcz. Przepiękny, orzeźwiający, nieco bury i ponury, ale wciąż urzekający deszcz. Deszcz ciepły i mokry.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam go za oknem. Spływał łzawymi kroplami po szybie, wsiąkał w bieliznę powieszoną na czerwonym sznurku. Wciąż w jednym kierunku - w dół w dół w dół. Wpijał się w fioletowe fiołki i źdźbła zasadzonego w doniczce szczypiorku.
Był smutny, poważny taki, zadumany. Z godnością znosił całą tę nienawiść i gorzkie pod swoim adresem słowa, bo "znowu leje", bo "cholera co to za pogoda", bo "co to za lato, jak wciąż pada", bo "w czasie deszczu dzieci się nudzą". I tylko wszystko, co zielone witało go z otwartymi ramionami i delikatnym szumem liści śpiewało na jego cześć.
Zrzuciłam więc sukienkę, stanęłam na zielonej polanie i objęłam go nagimi ramionami. Pocieszałam i wysyłałam miliony uśmiechów. A on z zadumą błądził po mojej twarzy i z wdzięcznością spłukiwał cały kurz tego świata.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam go za oknem. Spływał łzawymi kroplami po szybie, wsiąkał w bieliznę powieszoną na czerwonym sznurku. Wciąż w jednym kierunku - w dół w dół w dół. Wpijał się w fioletowe fiołki i źdźbła zasadzonego w doniczce szczypiorku.
Był smutny, poważny taki, zadumany. Z godnością znosił całą tę nienawiść i gorzkie pod swoim adresem słowa, bo "znowu leje", bo "cholera co to za pogoda", bo "co to za lato, jak wciąż pada", bo "w czasie deszczu dzieci się nudzą". I tylko wszystko, co zielone witało go z otwartymi ramionami i delikatnym szumem liści śpiewało na jego cześć.
Zrzuciłam więc sukienkę, stanęłam na zielonej polanie i objęłam go nagimi ramionami. Pocieszałam i wysyłałam miliony uśmiechów. A on z zadumą błądził po mojej twarzy i z wdzięcznością spłukiwał cały kurz tego świata.
niedziela, 26 lipca 2009
6 miesięcy później
Pół roku - tyle czasu musiało upłynąć, nim wróciło poczucie godności, spokoju. Serce już nie biło tak gwałtownie, uspokajało się, nabierało pokory, stawało się cierpliwe. Czasem wracały wspomnienia, ale nie biły z taką furią jak wcześniej, nie wkradały się pod poduszkę; niekiedy wyłaniały się z gęstej mgły, powisiały chwilę przed nosem i rozpływały się w powietrzu zabierając uczucie niepokoju i rozrzewnienia.
W sercu i życiu zrobiło się miejsce dla innych; smutna zimowa noc odchodziła w głęboką niepamięć i tak było dobrze. Z lustra spoglądała uśmiechnięta, pogodzona ze sobą twarz. Rysy już dawno wsiąkły w skórę - bezpowrotnie.
Dwa słowa wystarczyły, żeby zburzyć wypracowany i zasłużony ład i spokój. Dwa słowa bez skruchy, bez szacunku; aroganckie, jadowite, spadły z nieba w sam środek czyjegoś spokojnego już życia.
W sercu i życiu zrobiło się miejsce dla innych; smutna zimowa noc odchodziła w głęboką niepamięć i tak było dobrze. Z lustra spoglądała uśmiechnięta, pogodzona ze sobą twarz. Rysy już dawno wsiąkły w skórę - bezpowrotnie.
Dwa słowa wystarczyły, żeby zburzyć wypracowany i zasłużony ład i spokój. Dwa słowa bez skruchy, bez szacunku; aroganckie, jadowite, spadły z nieba w sam środek czyjegoś spokojnego już życia.
wtorek, 21 lipca 2009
Pokolenia :)
- ...no to ją pocałuj! [On - lat 10]
- No coś ty! Nie chce zostać lesbą! [Ona - lat 12]
- Lubię lesby. [On - lat 10]
...i wtedy poczułam się stara i przyzwoita ;)
- No coś ty! Nie chce zostać lesbą! [Ona - lat 12]
- Lubię lesby. [On - lat 10]
...i wtedy poczułam się stara i przyzwoita ;)
sobota, 18 lipca 2009
Versus
On: się szlajasz po tych sfinach bez sensu
Ona: lubię
On: na urodzinach L. zboczeńca i jego naćpanych kolegów
Ona: i co ci to przeszkadza?
On: z tego co słyszałem to gościa powinno się powiesić za jaja
Ona: tzn? co słyszałeś?
On: jak se walił konia na scenie czy fontannie albo nagi chodził naćpany na czworaka
Ona: przecież nie oglądasz tego, to co Ci to przeszkadza?
On: dlatego właśnie tam nie chodzę - nie chce oglądać tej parodii ludzi i nie rozumiem dlaczego inni temu przyklaskują. kloaka
Ona: Nie mam ochoty czytać Twoich narzekań na miejsce, do którego nawet nie chodzisz, uważam to za bezsensowne
On: każdy syf należy tępić w zarodku i nie mów mi ze to nie ma wpływu na moja rzeczywistość. jak Ci zrobi kiedyś ktoś taki krzywdę to później powiesz - miałeś racje
Ona: jestem częścią tego syfu - możesz zacząć mnie tępić.
On: nie robisz tego co on; boli mnie tylko ze to akceptujesz
Ona: Twój ból - poradź sobie z nim
On: poradzę sobie - jak ktoś mi pokaże L.
Ona: Ksenofobie można leczyć
On: taa a walenie konia w klubie jest zupełnie zdrowym zachowaniem; hipokryzja
Ona: W porównaniu z Twoja nienawiścią ,jego zachowanie uważam za niewinne wygłupy
On: 50 letnich zboków powinno się zamykać w klatkach zanim komuś krzywdę zrobią. kropka
Ona: Ciebie też powinni w klatce zamknąć
On: co Ty wiesz o mojej nienawiści - zawsze można odwrócić kota ogonem żeby wyszło na to ze to ja jestem zły;
Ona: Sam mi powiedziałeś ze nienawidzisz takich ludzi
On: a Ty byś chciała żeby Twoje dziecko miało do czynienia z kimś takim?
Ona: Wole żeby miało do czynienia z nim niż z Tobą.
Ona: lubię
On: na urodzinach L. zboczeńca i jego naćpanych kolegów
Ona: i co ci to przeszkadza?
On: z tego co słyszałem to gościa powinno się powiesić za jaja
Ona: tzn? co słyszałeś?
On: jak se walił konia na scenie czy fontannie albo nagi chodził naćpany na czworaka
Ona: przecież nie oglądasz tego, to co Ci to przeszkadza?
On: dlatego właśnie tam nie chodzę - nie chce oglądać tej parodii ludzi i nie rozumiem dlaczego inni temu przyklaskują. kloaka
Ona: Nie mam ochoty czytać Twoich narzekań na miejsce, do którego nawet nie chodzisz, uważam to za bezsensowne
On: każdy syf należy tępić w zarodku i nie mów mi ze to nie ma wpływu na moja rzeczywistość. jak Ci zrobi kiedyś ktoś taki krzywdę to później powiesz - miałeś racje
Ona: jestem częścią tego syfu - możesz zacząć mnie tępić.
On: nie robisz tego co on; boli mnie tylko ze to akceptujesz
Ona: Twój ból - poradź sobie z nim
On: poradzę sobie - jak ktoś mi pokaże L.
Ona: Ksenofobie można leczyć
On: taa a walenie konia w klubie jest zupełnie zdrowym zachowaniem; hipokryzja
Ona: W porównaniu z Twoja nienawiścią ,jego zachowanie uważam za niewinne wygłupy
On: 50 letnich zboków powinno się zamykać w klatkach zanim komuś krzywdę zrobią. kropka
Ona: Ciebie też powinni w klatce zamknąć
On: co Ty wiesz o mojej nienawiści - zawsze można odwrócić kota ogonem żeby wyszło na to ze to ja jestem zły;
Ona: Sam mi powiedziałeś ze nienawidzisz takich ludzi
On: a Ty byś chciała żeby Twoje dziecko miało do czynienia z kimś takim?
Ona: Wole żeby miało do czynienia z nim niż z Tobą.
Psikus
Na domiar złego okazało się, że musi jutro umrzeć. Jakby mało miała problemów na głowie. Trzeba było wykonać mnóstwo telefonów do rodziny i znajomych, zamówić trumnę, kupić coś przyzwoitego do ubrania. Co za pech. Akurat ona i akurat jutro. Miała czas do 15.00; potem miała położyć się i umrzeć.
Była zła; złość nie była jednak wodzącym uczuciem. Przede wszystkim strach. Bała się tego, że nie zdążyła odpowiednio wcześnie zacząć bycie dobrym człowiekiem. I jeśli okaże się, że jednak coś istnieje po śmierci, to diabli wiedzą, co się z nią stanie. Rodzice byli zaskakująco spokojni - nie chcieli dokładać jej ciężaru. Mama miała czerwone oczy, a tata marszczył brwi i chodził zamyślony.
Następny dzień nadszedł wyjątkowo szybko. 15.00 zbliżała się wielkimi krokami. W niedużej sali czekali już znajomi oraz rodzina. Wszyscy z wyrazem twarzy "szkoda mi Cię, ale dobrze, że to nie ja muszę zaraz umrzeć".
Pociła się ze strachu. Trzęsły jej się ręce. Dławiło przerażenie. Położyła się i czekała. I nic się nie działo. Czyżby to jakaś pomyłka? Głupi żart?
Kiedy tak leżała i wcale nie umierała, zebrani w sali zaczęli się niecierpliwić. Nikt nie wiedział co się stało i dlaczego jednak nie umarła.
Trumnę oddano, goście rozjechali się do domów wściekli, że wzięte urlopy poszły w błoto.
Była zła; złość nie była jednak wodzącym uczuciem. Przede wszystkim strach. Bała się tego, że nie zdążyła odpowiednio wcześnie zacząć bycie dobrym człowiekiem. I jeśli okaże się, że jednak coś istnieje po śmierci, to diabli wiedzą, co się z nią stanie. Rodzice byli zaskakująco spokojni - nie chcieli dokładać jej ciężaru. Mama miała czerwone oczy, a tata marszczył brwi i chodził zamyślony.
Następny dzień nadszedł wyjątkowo szybko. 15.00 zbliżała się wielkimi krokami. W niedużej sali czekali już znajomi oraz rodzina. Wszyscy z wyrazem twarzy "szkoda mi Cię, ale dobrze, że to nie ja muszę zaraz umrzeć".
Pociła się ze strachu. Trzęsły jej się ręce. Dławiło przerażenie. Położyła się i czekała. I nic się nie działo. Czyżby to jakaś pomyłka? Głupi żart?
Kiedy tak leżała i wcale nie umierała, zebrani w sali zaczęli się niecierpliwić. Nikt nie wiedział co się stało i dlaczego jednak nie umarła.
Trumnę oddano, goście rozjechali się do domów wściekli, że wzięte urlopy poszły w błoto.
poniedziałek, 13 lipca 2009
Okruchy
Przebudziła się w nocy i znowu poczuła silne pragnienie. Zwinnym ruchem odrzuciła kołdrę, lekko spuchnięte stopy wsunęła w niebieskie kapcie. Ostrożnym krokiem dotarła do kuchni, nie zapaliła światła. Mrok wypełniło światło lodówki, której drzwi szeroko otworzyła. Sięgnęła po karton mleka; przechyliła głowę i piła łapczywie. Poczuła też głód, który od pewnego czasu nawiedzał ją w różnych miejscach i momentach. Nie - to nie głód, raczej niemożliwa do opanowania ochota. Złapała puszkę marynowanej kukurydzy. Małe kolby łowiła szczupłymi palcami. Usiadła na drewnianej, niedawno cyklinowanej podłodze przy otwartej lodówce. Żółte kolby popijała jogurtem ananasowym, a gdy opróżniła pojemnik, poczuła mdłości. Te jednak szybko przeszły; zaczęła skubać ciasto czekoladowe.
Jedną ręką gładziła wciąż niewielki, ale już wypukły, okrągły brzuch. Małe, czekoladowe okruchy wędrowały do ust jeden po drugim. Nie miała żadnych wątpliwości. To było to. Długo szukała w złym miejscu; długo szukała nie tego, co chciała znaleźć.
Ono jednak znalazło ją pierwsze. Zupełnie niespodziewanie zamieszkało w niej, nie opuszczało na krok. Wypełniło ogromną wieloletnią pustkę, którą desperacko próbowała zapchać.
Rosło, dawało ukojenie i szczęście. Nie mogła się doczekać, kiedy spotkają się vis-a-vis.
Jedną ręką gładziła wciąż niewielki, ale już wypukły, okrągły brzuch. Małe, czekoladowe okruchy wędrowały do ust jeden po drugim. Nie miała żadnych wątpliwości. To było to. Długo szukała w złym miejscu; długo szukała nie tego, co chciała znaleźć.
Ono jednak znalazło ją pierwsze. Zupełnie niespodziewanie zamieszkało w niej, nie opuszczało na krok. Wypełniło ogromną wieloletnią pustkę, którą desperacko próbowała zapchać.
Rosło, dawało ukojenie i szczęście. Nie mogła się doczekać, kiedy spotkają się vis-a-vis.
niedziela, 12 lipca 2009
SKM 4 rano
Wał piasku ciągnął się wzdłuż krzaków. Nie - to nawet nie wał, jedynie wałek. Mały, usypany z kamyków. Nie był to zatem wał piasku, a kamienisty wałek. Na lewo siedział czerwony kaptur, za nim kaptur fioletowy. Kaptury rozmawiały o krojeniu kapusty.
Sobotnia 4 rano przyciągnęła na sopocki peron skm tłumy czerwonych oczu i przetrawionego już w połowie alkoholu. Do pociągu w stronę Gdyni 30 minut. Na prawo szczupła dziewczyna, krótko przycięte włosy. "To jest Maciek, a ja jestem Kinga" - mówiła kiwając się lekko do stojącego obok osobnika płci męskiej, który na pierwszy rzut oka bardziej wolałby jej nie znać niż znać. Wesoła brygada z tyłu głośno zastanawiała się nad umiejscowieniem peronowych kasowników.
Było ciepło. Poranny chłód krążył gdzieś między słupami i drewnianymi ławkami, ale było cieplej niż chłodniej. Wszystko dokoła [prócz niektórych intensywnych i nasyconych kolorów sukienek i spodni typu rurki] było barwy szarej i soczyście zielonej. Słońce wzeszło, ale wciąż kryło się gdzieś za ołowianymi obłokami; czasem liznęło niebo i znów chowało się wstydliwie.
W czarnych szarawarach i koralowej luźnej bluzce nie wyglądała źle. Była bardziej trzeźwa niż najtrzeźwiejsza osoba w promieniu kilometra. Trzeźwa, zmęczona i głodna. Wpatrywała się w kamienisty wałek. Rozmyślała. I postanawiała. Postanowiła na przykład nigdy więcej nie siedzieć samotnie o 4 rano na peronie skm. Na żadnym peronie. Postanowiła też przestać czekać na cud. Bo cuda - teraz już wiedziała na pewno - nie zdarzają się i koniec.
Sobotnia 4 rano przyciągnęła na sopocki peron skm tłumy czerwonych oczu i przetrawionego już w połowie alkoholu. Do pociągu w stronę Gdyni 30 minut. Na prawo szczupła dziewczyna, krótko przycięte włosy. "To jest Maciek, a ja jestem Kinga" - mówiła kiwając się lekko do stojącego obok osobnika płci męskiej, który na pierwszy rzut oka bardziej wolałby jej nie znać niż znać. Wesoła brygada z tyłu głośno zastanawiała się nad umiejscowieniem peronowych kasowników.
Było ciepło. Poranny chłód krążył gdzieś między słupami i drewnianymi ławkami, ale było cieplej niż chłodniej. Wszystko dokoła [prócz niektórych intensywnych i nasyconych kolorów sukienek i spodni typu rurki] było barwy szarej i soczyście zielonej. Słońce wzeszło, ale wciąż kryło się gdzieś za ołowianymi obłokami; czasem liznęło niebo i znów chowało się wstydliwie.
W czarnych szarawarach i koralowej luźnej bluzce nie wyglądała źle. Była bardziej trzeźwa niż najtrzeźwiejsza osoba w promieniu kilometra. Trzeźwa, zmęczona i głodna. Wpatrywała się w kamienisty wałek. Rozmyślała. I postanawiała. Postanowiła na przykład nigdy więcej nie siedzieć samotnie o 4 rano na peronie skm. Na żadnym peronie. Postanowiła też przestać czekać na cud. Bo cuda - teraz już wiedziała na pewno - nie zdarzają się i koniec.
środa, 8 lipca 2009
Saksmeni :)
Dzisiaj w Sopocie wielka uczta! Przynajmniej dla mnie :) wieczorem w Papryce saksofonów ile dusza zapragnie :)
Start godz. 21:00 :)
Po pracy przypudruje nos [bez złych skojarzeń] i pędzę cieszyć się metaliczno - krystalicznym brzmieniem ;-D !!!
Start godz. 21:00 :)
Po pracy przypudruje nos [bez złych skojarzeń] i pędzę cieszyć się metaliczno - krystalicznym brzmieniem ;-D !!!
wtorek, 7 lipca 2009
Lepsze partie
Powszechnym wśród kobiet [i wielce niesłusznym należy od razu zaznaczyć] uznaniem ostatnich czasów cieszy się przekonanie , że jedyni przyzwoici mężczyźni są żonaci albo są gejami. Przyzwoici sensowni [na pewno?] pozostają więc żonaci, chociaż w świetle jakiejkolwiek moralności powinni być uważani za równie niedostępnych, nieosiągalnych jak owi gustujący w mężczyznach.
Pomstują zatem kobiety na inne kobiety - na te, które zdążyły zgarnąć lepsze partie i zagonić je do uwijania rodzinnego gniazdka. Te, którym sprzątnięto sprzed nosa potencjalnych życiowych partnerów nie zdają sobie do końca sprawy z tego, że "lepsze partie" nie były wystarczająco dobre w momencie, gdy były jeszcze niezaobrączkowane i zupełnie wolne. Dopiero, gdy dołączyli do grona "zajętych", nabrali tego niezwykłego waloru, który reszcie wciąż wolnej i frywolnej damskiej części przyspiesza bicie serca. Bo zajęty facet, to facet wart tego, żeby go zająć.
Skreślając automatycznie gejów z listy kandydatów na męża i ojca i nie mogąc znaleźć przyzwoitego stanu wolnego samca biorą się więc samice za tych już zaobrączkowanych. Bo to przecież Ci najlepsi, już zajęci; ci, którzy już udowodnili, że potrafią zaopiekować się kobietą i spłodzić oraz uchować potomstwo.
Tu właśnie pułapka. Jedyni bowiem warci zachodu i przyzwoici poprzez romanse i skoki w boki stają się zwykłymi męskimi świniami. Sprytne zaś uwodzicielki, gdy już uwiodą nieboraczka, automatycznie usuwają z pamięci ową kwestię przyzwoitości, która była niejako kluczem do sukcesu jakiegokolwiek pożycia. Z przyzwoitego męża i tatusia, do którego wzdychały, pomogły zrobić zdrajcę i szubrawce.
Kiedy zdrajca i szubrawca już się wyszumi, wyszaleje i ze skruchą wróci na łono rodziny, pozostawione smutne kochanki dochodzą do nowych wniosków: że każdy facet to świnia.
Drogie panie - nie kopcie pod sobą dołków.
PS.: żeby wszystko było jasne: kwestią zdrady nie obarczam płci pięknej [przynajmniej nie tylko]; po prostu w powyższym koncentruję się jedynie na pewnym punkcie ciężkości.
Pomstują zatem kobiety na inne kobiety - na te, które zdążyły zgarnąć lepsze partie i zagonić je do uwijania rodzinnego gniazdka. Te, którym sprzątnięto sprzed nosa potencjalnych życiowych partnerów nie zdają sobie do końca sprawy z tego, że "lepsze partie" nie były wystarczająco dobre w momencie, gdy były jeszcze niezaobrączkowane i zupełnie wolne. Dopiero, gdy dołączyli do grona "zajętych", nabrali tego niezwykłego waloru, który reszcie wciąż wolnej i frywolnej damskiej części przyspiesza bicie serca. Bo zajęty facet, to facet wart tego, żeby go zająć.
Skreślając automatycznie gejów z listy kandydatów na męża i ojca i nie mogąc znaleźć przyzwoitego stanu wolnego samca biorą się więc samice za tych już zaobrączkowanych. Bo to przecież Ci najlepsi, już zajęci; ci, którzy już udowodnili, że potrafią zaopiekować się kobietą i spłodzić oraz uchować potomstwo.
Tu właśnie pułapka. Jedyni bowiem warci zachodu i przyzwoici poprzez romanse i skoki w boki stają się zwykłymi męskimi świniami. Sprytne zaś uwodzicielki, gdy już uwiodą nieboraczka, automatycznie usuwają z pamięci ową kwestię przyzwoitości, która była niejako kluczem do sukcesu jakiegokolwiek pożycia. Z przyzwoitego męża i tatusia, do którego wzdychały, pomogły zrobić zdrajcę i szubrawce.
Kiedy zdrajca i szubrawca już się wyszumi, wyszaleje i ze skruchą wróci na łono rodziny, pozostawione smutne kochanki dochodzą do nowych wniosków: że każdy facet to świnia.
Drogie panie - nie kopcie pod sobą dołków.
PS.: żeby wszystko było jasne: kwestią zdrady nie obarczam płci pięknej [przynajmniej nie tylko]; po prostu w powyższym koncentruję się jedynie na pewnym punkcie ciężkości.
niedziela, 5 lipca 2009
Dla Was i o Was sentymentalnie :)
Zarzucono mi zarzut, że wciąż tylko o mojej samotności, o niepowodzeniach, o facetach, których nie ma i w ogóle, że za dużo pesymizmu.
I chociaż miało być o tym, że zarabiam tym, czego nie potrafię, a to, co potrafię [tak mówią - że potrafię] pozostaje w sferze hobbystyczno - marzeniowej, to będzie o innym czymś.
O tym będzie, że czasem zapominam [ a nie powinnam], ile fantastycznych osób występuje w moim otoczeniu. I tym właśnie osobom dedykuję ten właśnie wpis. Taka laurka :)
Zacznę od tych, którzy najbliżej - dosłownie.
Są tacy, którzy chrapią, kiedy potrzebuję akurat ciszy i spokoju; oni właśnie wprowadzają najwięcej zamieszania do mojej codzienności. Fantastycznego, roześmianego, nonsensownego i bzdurnego zamieszania. Takiego, które budzi mnie, kiedy w południe wciąż czuję się senna, które budzi mnie o 2 w nocy, kiedy znowu jestem senna.
Męska zawartość mojej sypialni jest w 100% oryginalna i nie do podrobienia. Darzymy się sympatią, o której się nie mówi. Lubimy się od tak po prostu. Lubimy wzajemne docinki, lubimy chwile powagi, lubimy nawet to, co uważamy w drugiej stronie za wkurzające.
A teraz o tych, którzy są najbliżej emocjonalnie.
Są tacy, którzy dzień i noc siedzieli przy mnie, kiedy była taka potrzeba. Ci, którzy twardo mówili "nie", gdy irracjonalnie upierałam się przy "tak". Potrafili sypać solą po ranach i patrzeć jak drę się z bólu wniebogłosy. Potem byłam wdzięczna, że ta sól tak skutecznie rany dezynfekowała. Często stawali na głowie, żeby pomóc. Kochają bezwarunkowo, bezinteresownie, ale mądrze.
I o tych, którzy są blisko, choć daleko.
To Ci, którzy wypełniali mi dzieciństwo. Ci, na których mogę zawsze liczyć. Ale też tacy, którzy dopiero świeżo zawitali do mojego życia. Wnieśli dużo emocji - dobrych i smutnych chwil. Ci, za którymi tęsknię, o których myślę codziennie, których mi cholernie brakuje od poniedziałku do niedzieli.
I chociaż miało być o tym, że zarabiam tym, czego nie potrafię, a to, co potrafię [tak mówią - że potrafię] pozostaje w sferze hobbystyczno - marzeniowej, to będzie o innym czymś.
O tym będzie, że czasem zapominam [ a nie powinnam], ile fantastycznych osób występuje w moim otoczeniu. I tym właśnie osobom dedykuję ten właśnie wpis. Taka laurka :)
Zacznę od tych, którzy najbliżej - dosłownie.
Są tacy, którzy chrapią, kiedy potrzebuję akurat ciszy i spokoju; oni właśnie wprowadzają najwięcej zamieszania do mojej codzienności. Fantastycznego, roześmianego, nonsensownego i bzdurnego zamieszania. Takiego, które budzi mnie, kiedy w południe wciąż czuję się senna, które budzi mnie o 2 w nocy, kiedy znowu jestem senna.
Męska zawartość mojej sypialni jest w 100% oryginalna i nie do podrobienia. Darzymy się sympatią, o której się nie mówi. Lubimy się od tak po prostu. Lubimy wzajemne docinki, lubimy chwile powagi, lubimy nawet to, co uważamy w drugiej stronie za wkurzające.
A teraz o tych, którzy są najbliżej emocjonalnie.
Są tacy, którzy dzień i noc siedzieli przy mnie, kiedy była taka potrzeba. Ci, którzy twardo mówili "nie", gdy irracjonalnie upierałam się przy "tak". Potrafili sypać solą po ranach i patrzeć jak drę się z bólu wniebogłosy. Potem byłam wdzięczna, że ta sól tak skutecznie rany dezynfekowała. Często stawali na głowie, żeby pomóc. Kochają bezwarunkowo, bezinteresownie, ale mądrze.
I o tych, którzy są blisko, choć daleko.
To Ci, którzy wypełniali mi dzieciństwo. Ci, na których mogę zawsze liczyć. Ale też tacy, którzy dopiero świeżo zawitali do mojego życia. Wnieśli dużo emocji - dobrych i smutnych chwil. Ci, za którymi tęsknię, o których myślę codziennie, których mi cholernie brakuje od poniedziałku do niedzieli.
piątek, 3 lipca 2009
...
Wstałam około południa i świat dalej istniał. Dokładnie tak powiedział, a nie wierzyłam. Wciąż czekam aż huknie, trzaśnie, otworzy się niebo i ziemia i wszystko szlag trafi.
Po tym, jak zapadłam się w niedoli i szlochu, czekam aż cała przestrzeń zamieni się w pożogę. Może w końcu zacznie się palić - spalą się wakacje, spalą się samotne wieczory i czerwony stół. Wszystko - łącznie z łąkami, dziećmi po nich biegającymi, dziećmi, które się nie urodzą i z moim niespełnieniem - zamieni się w ogromną pochodnię.
Kto nie spłonie, udusi się dymem. Ja pójdę na pierwszy ogień.
Po tym, jak zapadłam się w niedoli i szlochu, czekam aż cała przestrzeń zamieni się w pożogę. Może w końcu zacznie się palić - spalą się wakacje, spalą się samotne wieczory i czerwony stół. Wszystko - łącznie z łąkami, dziećmi po nich biegającymi, dziećmi, które się nie urodzą i z moim niespełnieniem - zamieni się w ogromną pochodnię.
Kto nie spłonie, udusi się dymem. Ja pójdę na pierwszy ogień.
Sen o dolinie
Znowu w życiu mi nie wyszło,
Uciec pragnę w wielki sen,
Na dno tamtej mej doliny
Gdzie sprzed dni doganiam dzień,
W tamten czas, lub jego cień.
Znowu obłok ten różowy,
Pod nim dom i tamta sień,
Wszystko w białej mej dolinie,
Gdzie sprzed dni doganiam dzień,
Jeszcze głębiej zapaść w sen.
Późno, późno, późno... późno jest,
Sam wiem, że zbyt późno jest,
By zaczynać wszystko znów.
Późno, późno, późno... późno jest,
Sam wiem, że zbyt późno jest,
By zaczynać wszystko znów.
Znowu szarych dni pagóry,
Znów codziennych rzeczy las,
Wolę swoją znów dolinę,
Obok której płynie czas
Szuka jej, kto był tu raz...
[Budka Suflera]
Uciec pragnę w wielki sen,
Na dno tamtej mej doliny
Gdzie sprzed dni doganiam dzień,
W tamten czas, lub jego cień.
Znowu obłok ten różowy,
Pod nim dom i tamta sień,
Wszystko w białej mej dolinie,
Gdzie sprzed dni doganiam dzień,
Jeszcze głębiej zapaść w sen.
Późno, późno, późno... późno jest,
Sam wiem, że zbyt późno jest,
By zaczynać wszystko znów.
Późno, późno, późno... późno jest,
Sam wiem, że zbyt późno jest,
By zaczynać wszystko znów.
Znowu szarych dni pagóry,
Znów codziennych rzeczy las,
Wolę swoją znów dolinę,
Obok której płynie czas
Szuka jej, kto był tu raz...
[Budka Suflera]
Subskrybuj:
Posty (Atom)