Dzisiaj jest dobry dzień na załamanie. Może być nerwowe, fizyczne, psychicznie... wszystko jedno..
Proponuję wczołgać się pod kołdrę, wcisnąć stopery do uszu i w spokoju się załamać. Popaść w niemoc względem siebie i reszty świata. Zawyć z bólu i rozczarowania. Można rwać włosy z głowy - o ile się je ma i o ile ich nie szkoda. Szkoda za to może być samego siebie - litowanie się nad sobą jest bardzo wskazane.
Proponuję też kopnąć się ze złości w kostkę - wykonalne, sprawdzone; boli i skutecznie wyładowuje złość- jedyne ryzyko: można się spocić..
niedziela, 31 maja 2009
piątek, 29 maja 2009
Szczęściu trzeba dopomóc
...nie ma co się oszukiwać; 24 to już nie znowu tak mało i czas coś z tym zrobić. Jasne - nic na siłę, ale czasem szczęściu trzeba dopomóc. Czasem trzeba się dobrze rozejrzeć, dać szansę sobie i innym, przestać kurczowo trzymać się marzeń małej dziewczynki.
Nie będzie księcia z bajki, białego rumaka i skarbca z koroną. I całe szczęście, bo nie o tym było marzenie.
Marzenie było o arcy inteligentnym, atletycznym i do granic możliwości zakochanym [we mnie rzecz wiadoma] młodzieńcu, który fascynowałby mnie po wsze czasy... Całe życie długaśne rozmowy, fantastyczne kochanie [to marzenie przyszło z wiekiem ;)], może jakieś godne pozazdroszczenia dzieci, fascynujące podróże i przeżycia, oddani przyjaciele, wspólne przygody, spontan i planowanie na zmianę.
A teraz czas zejść na ziemię i wziąć sprawy w swoje ręce. Do diabła z atletą - niech po prostu przytula, przytula i jeszcze raz to samo na wynos. Młodzieniec - niekoniecznie; mogę nawet wymienić na model vintage ;). Niech kocha - ale nie zaborczo. Niech gada, ale niech potrafi milczeć. Niech się kocha, ale niech da się tez czasem wyspać ;). Nie odpuszczę inteligencji i spontaniczności zamiennie z przewidywalnością. Dzieci podlegają negocjacji, ale wolałabym chyba jednak mieć.
Niech będzie facetem - po prostu. Z krwi i kości. Znającym znaczenie słowa Szacunek, umiejącym rozwiązywać problemy i s ł u c h a j ą c y m...
Bez przynoszenia kwiatów, ale z całowaniem w czoło. Z trzymaniem za rękę i oglądaniem filmów zawsze [ważne!] na jednej kanapie. Bez strzelania fochów za podpijanie herbaty. Z przynoszeniem chusteczek na katar i bieganiem w trakcie awarii po tampony...
Ja tu pitu pitu, a i tak o wszystkim zdecyduje zapach i hormony... ;)
Nie będzie księcia z bajki, białego rumaka i skarbca z koroną. I całe szczęście, bo nie o tym było marzenie.
Marzenie było o arcy inteligentnym, atletycznym i do granic możliwości zakochanym [we mnie rzecz wiadoma] młodzieńcu, który fascynowałby mnie po wsze czasy... Całe życie długaśne rozmowy, fantastyczne kochanie [to marzenie przyszło z wiekiem ;)], może jakieś godne pozazdroszczenia dzieci, fascynujące podróże i przeżycia, oddani przyjaciele, wspólne przygody, spontan i planowanie na zmianę.
A teraz czas zejść na ziemię i wziąć sprawy w swoje ręce. Do diabła z atletą - niech po prostu przytula, przytula i jeszcze raz to samo na wynos. Młodzieniec - niekoniecznie; mogę nawet wymienić na model vintage ;). Niech kocha - ale nie zaborczo. Niech gada, ale niech potrafi milczeć. Niech się kocha, ale niech da się tez czasem wyspać ;). Nie odpuszczę inteligencji i spontaniczności zamiennie z przewidywalnością. Dzieci podlegają negocjacji, ale wolałabym chyba jednak mieć.
Niech będzie facetem - po prostu. Z krwi i kości. Znającym znaczenie słowa Szacunek, umiejącym rozwiązywać problemy i s ł u c h a j ą c y m...
Bez przynoszenia kwiatów, ale z całowaniem w czoło. Z trzymaniem za rękę i oglądaniem filmów zawsze [ważne!] na jednej kanapie. Bez strzelania fochów za podpijanie herbaty. Z przynoszeniem chusteczek na katar i bieganiem w trakcie awarii po tampony...
Ja tu pitu pitu, a i tak o wszystkim zdecyduje zapach i hormony... ;)
czwartek, 28 maja 2009
Plan pierwotny
Moze wrócę do planu pierwotnego: znajdę nadzianego królewicza, będę rodziła dzieci i - między spieraniem tartej marchewki a oglądaniem w lustrze kolejnych zmarszczek i poporodowych rozstępów - pisała ksiązkę o byle czym, którą nadziany królewicz wyda własnym sumptem???
Ksiązka o byle czym sprzeda się nędznie, tzn w ogóle się nie sprzeda. Nadziany królewicz zacznie robić mi wymówki i pyskówki; w domu zagoszczą częste awantury i przepychanki. W ramach zgody spłodzimy kolejnego potomka. Wszystko skończy się jednak rozwodem jak w Hollywood - będziemy wzajemnie przebijać sobie opony w samochodach i ciąć na strzępy ubrania od tandetnych włoskich i francuskich projektantów. Będziemy buntować dzieci i rozpuszczać wśród znajomych obrzydliwe plotki.
Rozwód z orzeczeniem winy puści mnie z torbami. Drogi i gówniany prawnik rozłoży ręce i zgarnie wynagrodzenie. Od ciąży spuchną mi palce i nie będę nawet mogła zdjąć obrączki. Urodzę juz jako rozwódka. Popadnę w depresję - najpierw poporodową, potem w regularną. Roztyję się do monstrualnych rozmiarów; tłuste włosy, wyciągnięty dres i pet w zębach - taki będzie mój codzienny urok. Kontakt z dziećmi będzie ograniczał się do gotowania obiadów i zmieniania pieluch. Do przedszkola nie będą chodziły, bo mnie stac nie będzie. Wszystki święta i wakacje będą spędzały z ojcem, który wciąz będzie opływał w luksusy. Comiesięcznie alimenty pójda na górę słodyczy i przekąski w makdonaldzie.
Dzieci będą się mnie wstydziły i coraz częsciej opowiadały o nowej narzeczonej tatusia. Narzeczona będzie długonogą, wąskotalią, pustogłową rudą pięknością z ognistymi seksownymi piegami i zielonymi oczami. O ile mogłabym tez przefarbować się na rudo, to z całą resztą będzie kłopot. Popadnę w jeszcze większą depresję. W akcie desperacji rzucę się z okna, zapominając, że mieszkam na parterze. Dotrze do mnie cała moja beznadziejność i popadnę w szał histerycznego smiechu. Zabiorą mnie silni panowie i umieszczą w bezpiecznym, białym pokoju bez klamek i okien. Posiedzę tam dwa, trzy lata.
Poukladam sobie w głowie, a nędzne szpitalne jedzenie pomoże mi zrzucić sadło do rozmiaru 36.
Kiedy wyjdę, kupię psa i kawalerkę na kredyt. Wszystkie ściany pomaluję na krzykliwe kolory, a największym pomieszczeniem w domu będzie kuchnia. W pięknej kuchni będę codziennie zasiadać do starej maszyny do pisania (na komputer jeszcze mnie nie stać) i na niej właśnie napisze swój pierwszy bestseller. Wszystkie doświadczenia złożę w mądrą całość i zaniosę do jakiegoś niszowego, bankrutującego wydawnictwa. Wydadzą moje wypociny nie płacąc mi honorarium. Książka o przejściach przeciętnej kobiety która chciała być nieprzeciętna zawojuje rynkiem czytelniczym.
Prawa do książki odkupią kolejno: ważne wydawnictwo o ugruntowanej rynkowej pozycji, Steven Spielberg do własnej skromnej, kilkusettysięcznej biblioteczki podręcznej oraz Time Warner.
Będę sławna, bogata i powrzechnie uznawana za utalentowaną. Byłego męża szlag trafi, a dzieci wróca z podkulonymi ogonami i na nową pokochają mamusię.
A ja większość życia spędzę w swojej małej ale dużej kuchni. Może kupię laptopa i ekspres do kawy. Pojadę do Rosji, Japonii i na Fidżi. Dam parę wykładów na Uniwersytecie Columbia.
I będę szczęśliwa.
Ksiązka o byle czym sprzeda się nędznie, tzn w ogóle się nie sprzeda. Nadziany królewicz zacznie robić mi wymówki i pyskówki; w domu zagoszczą częste awantury i przepychanki. W ramach zgody spłodzimy kolejnego potomka. Wszystko skończy się jednak rozwodem jak w Hollywood - będziemy wzajemnie przebijać sobie opony w samochodach i ciąć na strzępy ubrania od tandetnych włoskich i francuskich projektantów. Będziemy buntować dzieci i rozpuszczać wśród znajomych obrzydliwe plotki.
Rozwód z orzeczeniem winy puści mnie z torbami. Drogi i gówniany prawnik rozłoży ręce i zgarnie wynagrodzenie. Od ciąży spuchną mi palce i nie będę nawet mogła zdjąć obrączki. Urodzę juz jako rozwódka. Popadnę w depresję - najpierw poporodową, potem w regularną. Roztyję się do monstrualnych rozmiarów; tłuste włosy, wyciągnięty dres i pet w zębach - taki będzie mój codzienny urok. Kontakt z dziećmi będzie ograniczał się do gotowania obiadów i zmieniania pieluch. Do przedszkola nie będą chodziły, bo mnie stac nie będzie. Wszystki święta i wakacje będą spędzały z ojcem, który wciąz będzie opływał w luksusy. Comiesięcznie alimenty pójda na górę słodyczy i przekąski w makdonaldzie.
Dzieci będą się mnie wstydziły i coraz częsciej opowiadały o nowej narzeczonej tatusia. Narzeczona będzie długonogą, wąskotalią, pustogłową rudą pięknością z ognistymi seksownymi piegami i zielonymi oczami. O ile mogłabym tez przefarbować się na rudo, to z całą resztą będzie kłopot. Popadnę w jeszcze większą depresję. W akcie desperacji rzucę się z okna, zapominając, że mieszkam na parterze. Dotrze do mnie cała moja beznadziejność i popadnę w szał histerycznego smiechu. Zabiorą mnie silni panowie i umieszczą w bezpiecznym, białym pokoju bez klamek i okien. Posiedzę tam dwa, trzy lata.
Poukladam sobie w głowie, a nędzne szpitalne jedzenie pomoże mi zrzucić sadło do rozmiaru 36.
Kiedy wyjdę, kupię psa i kawalerkę na kredyt. Wszystkie ściany pomaluję na krzykliwe kolory, a największym pomieszczeniem w domu będzie kuchnia. W pięknej kuchni będę codziennie zasiadać do starej maszyny do pisania (na komputer jeszcze mnie nie stać) i na niej właśnie napisze swój pierwszy bestseller. Wszystkie doświadczenia złożę w mądrą całość i zaniosę do jakiegoś niszowego, bankrutującego wydawnictwa. Wydadzą moje wypociny nie płacąc mi honorarium. Książka o przejściach przeciętnej kobiety która chciała być nieprzeciętna zawojuje rynkiem czytelniczym.
Prawa do książki odkupią kolejno: ważne wydawnictwo o ugruntowanej rynkowej pozycji, Steven Spielberg do własnej skromnej, kilkusettysięcznej biblioteczki podręcznej oraz Time Warner.
Będę sławna, bogata i powrzechnie uznawana za utalentowaną. Byłego męża szlag trafi, a dzieci wróca z podkulonymi ogonami i na nową pokochają mamusię.
A ja większość życia spędzę w swojej małej ale dużej kuchni. Może kupię laptopa i ekspres do kawy. Pojadę do Rosji, Japonii i na Fidżi. Dam parę wykładów na Uniwersytecie Columbia.
I będę szczęśliwa.
wtorek, 26 maja 2009
Walizka
W swojej twierdzy miał walizkę. W niej cały swój dobytek. I choć myślał już kiedyś nad tym, żeby zamknąć ją szczelnie i wywlec z twierdzy, to nie miał odwagi. Nie miał odwagi i nie chciał zostawiać swoich trzech ścian. Jak to trzech ścian? Ano trzech. Bo choć ściany były cztery, to on nie chciał porzucić trzech z nich. Czwarta ściana była ścianą nośną.
On i ściana nośna obiecali sobie kiedyś, że wspólnie będą podporą twierdzy. On miał dbać i kochać swoje cztery ściany, a ona czekać na niego i pod nieobecność dźwigać twierdzę na swoich ramionach. Pewnego razu jednak pękła. A on w końcu zauważył rysę na ścianie nośnej swojej twierdzy. "Obiecałaś, ze nigdy nie pękniesz" - powiedział. Milczała. Odtąd w twierdzy zapanował chłód. Przez rysę w ścianie nośnej wlatywał wiatr i chulał w każdym kącie. Ciepłe dni odeszły; w twierdzy zapanowała zima.
Wracał codziennie do twierdzy, ale przestał traktować ścianę nośną jako współ-podporę. Doglądał trzech pozostałych ścian, z kórych jedna była najstarsza, jedna młodsza i jedna najmłodsza. Kochał te ściany nad życie. Ale coraz częściej patrzył na swoją walizkę. Mógłby ją wynieść; spakować i wynieść walizkę do innej twierdzy...mógł przecież. Ale nie chciał zostawiać swoich trzech ukochanych ścian. A i czwarta - choć pęknięta - wciąż miała jego szacunek.
Pewnego dnia - a był to dzień jesienny i w twierdzy panował ogromny chłód - wyjął z walizki szalik, parę butów i ciepłe skarpetki i wyszedł z domu. Poszedł obejrzeć inną twierdzę, a w zasadzie małą, ale ciepłą izdebkę. Wszedł do niej, obejrzał dokładnie - wszystkie ściany były całe, nienaruszone. Usiadł w starym fotelu wśród nowych, przyjaznych ścian i poczuł ciepło. Chciał zostawić płaszcz i szalik; odwiesić je na wieszaku w małej izdebce i zasnąć w fotelu; zapomnieć o zimnej twierdzy. Ale nie mógł. Musiał wrócić do swoich trzech ukochanych, własnoręcznie murowanych ścian; ścian, które codziennie czekały na niego w tym samym miejscu, ścian, za które był odpowiedzialny i kóre przecież kochał nad życie. Ubrał więc płaszcz, owinął szyję szalikiem. Zanim jednak włozył buty, zdjąl ciepłe skarpetki i zostawił je w małej izdebce. W izdebce z radości skrzypnęła podłoga.
Od tej pory co jakiś czas otwierał swoją walizkę, wyjmował drobne przedmioty i ukradkiem, w wielkiej tajemnicy przed twierdzą i resztą świata zanosił je do izdebki. W małym, skromnym mieszkanku budziło się zycie; pokoik czekał na niego i otwierał swoje drzwi z zachwytem; ze smutkiem słuchał zgrzytu zamka, gdy On wychodził i udawał się w stronę twierdzy. Ale izdebka była mądra - wiedziała, że nie może konkurować z ogromną twierdzą. Twierdza była jego Domem, izdebka tylko ucieczką w ciepło i ukojenie. Izdebka jednak cieszyła się z pojedynczych koszul wiszących w szafie, ze skarpetek zostawionych tego pierwszego dnia, z zimowej czapki lezącej na półce. Czekała cierpliwie i wierzyła, ze On w końcu zostawi w małym mieszkanku swój płaszcz. On jednak za kazdym razem wstawał, patrzył na izdebkę ciepłym wzrokiem, po czym zdejmował płaszcz z wieszaka i przekręcał klucz w zamku. Wracał do twierdzy.
Izdebka z miłością i oddaniem wynajmowała Mu swoje pokoje, ale chciała lokatora na stałe. Takiego, który jadłby śniadanie przy stole jej kuchni i spał w łózku jej sypialni. Czekała więc. Czekała i po cichutku miała nadzieję, że on w końcu przyniesie walizkę, ze zostawi w przedpokoju swój płaszcz.
On jednak nie myślał nawet o opuszczeniu twierdzy. "Wybudowałem te ściany i muszę ich doglądać. Nie wyobrazam sobie zycia wśród innych ścian". Tak jej powiedział. Gdy siadał w jej fotelu, nie potrafiła się tym cieszyć. Moment jego wyjścia i powrotu do twierdzy przesłaniał te drobne chwile radości, gdy odwiedzał małe mieszkanko.
"Wiem, że zostawiam odciski na klamkach twoich drzwi, ze rysuję podłogę, że czasem ochlapię fotel czekoladą. Jeśli będzie to dla Ciebie lepsze, zabiorę swoje rzeczy, oddam Ci klucz i nie będę więcej przychodził" - mówił ze smutkiem w oczach. "Nie chcę tego klucza. Wracaj, gdy tylko będziesz mógł. Moje ściany na Ciebie czekają" - odpowiadała. Ale ściany izdebki poszarzały. Z dnia na dzień traciły blask i świezość. Fotel skrzypiał, a izdebka kwiliła cicho, bo było jej pusto.
Pewnego dnia przyszedł jak zawsze: przekręcił klucz w zamku, powiesił płaszcz w przedpokoju. Na fotelu leżały ciepłe skarpetki zwinięte w kłębek, lezały koszule złożone w kostkę, a na nich zimowa czapka. Rozejrzał się dokoła. Włozył ubrania do duzych kieszeni płaszcza. Ostatni raz usiadł w fotelu, po czym wstał, zamknąl drzwi, a klucz zostawił pod wycieraczką.
Po wszystkich tych miesiącach izdebka z przytulnego pokoiku zamieniła się w szarą suterenę. Nie chciała juz zadnego lokatora. Nie chciała niczyich koszul w swojej szafie. Nie chciała, zeby ktoś inny siadał w fotelu. Fotel zapadł się nieco, a odbicie na oparciu wciąz pamiętało jedynego na nim siadającego.
Wrócił do twierdzy. Spojrzał na walizkę, której nie miał odwagi wynieść z czterech ścian. Włozył do niej koszule, skarpetki i czapkę. Zamknął walizkę na kłódkę; juz nigdy nie wyniesie zadnych ubrań do innego mieszkania. A ściany? Starsza, młodsza i najmłodsza tkwiły niewzruszone, zajęte widokiem na zewnątrz i obserwujące kazda swoją stronę świata. Z pęknięcia na nośnej zrobiła się wyrwa i teraz wraz z wiatrem do twierdzy wpadał deszcz i śnieg.
Otulił się płaszczem; wybrał marznięcie w imię milości do swoich trzech ścian.
Izdebka pokryła się kurzem.
On i ściana nośna obiecali sobie kiedyś, że wspólnie będą podporą twierdzy. On miał dbać i kochać swoje cztery ściany, a ona czekać na niego i pod nieobecność dźwigać twierdzę na swoich ramionach. Pewnego razu jednak pękła. A on w końcu zauważył rysę na ścianie nośnej swojej twierdzy. "Obiecałaś, ze nigdy nie pękniesz" - powiedział. Milczała. Odtąd w twierdzy zapanował chłód. Przez rysę w ścianie nośnej wlatywał wiatr i chulał w każdym kącie. Ciepłe dni odeszły; w twierdzy zapanowała zima.
Wracał codziennie do twierdzy, ale przestał traktować ścianę nośną jako współ-podporę. Doglądał trzech pozostałych ścian, z kórych jedna była najstarsza, jedna młodsza i jedna najmłodsza. Kochał te ściany nad życie. Ale coraz częściej patrzył na swoją walizkę. Mógłby ją wynieść; spakować i wynieść walizkę do innej twierdzy...mógł przecież. Ale nie chciał zostawiać swoich trzech ukochanych ścian. A i czwarta - choć pęknięta - wciąż miała jego szacunek.
Pewnego dnia - a był to dzień jesienny i w twierdzy panował ogromny chłód - wyjął z walizki szalik, parę butów i ciepłe skarpetki i wyszedł z domu. Poszedł obejrzeć inną twierdzę, a w zasadzie małą, ale ciepłą izdebkę. Wszedł do niej, obejrzał dokładnie - wszystkie ściany były całe, nienaruszone. Usiadł w starym fotelu wśród nowych, przyjaznych ścian i poczuł ciepło. Chciał zostawić płaszcz i szalik; odwiesić je na wieszaku w małej izdebce i zasnąć w fotelu; zapomnieć o zimnej twierdzy. Ale nie mógł. Musiał wrócić do swoich trzech ukochanych, własnoręcznie murowanych ścian; ścian, które codziennie czekały na niego w tym samym miejscu, ścian, za które był odpowiedzialny i kóre przecież kochał nad życie. Ubrał więc płaszcz, owinął szyję szalikiem. Zanim jednak włozył buty, zdjąl ciepłe skarpetki i zostawił je w małej izdebce. W izdebce z radości skrzypnęła podłoga.
Od tej pory co jakiś czas otwierał swoją walizkę, wyjmował drobne przedmioty i ukradkiem, w wielkiej tajemnicy przed twierdzą i resztą świata zanosił je do izdebki. W małym, skromnym mieszkanku budziło się zycie; pokoik czekał na niego i otwierał swoje drzwi z zachwytem; ze smutkiem słuchał zgrzytu zamka, gdy On wychodził i udawał się w stronę twierdzy. Ale izdebka była mądra - wiedziała, że nie może konkurować z ogromną twierdzą. Twierdza była jego Domem, izdebka tylko ucieczką w ciepło i ukojenie. Izdebka jednak cieszyła się z pojedynczych koszul wiszących w szafie, ze skarpetek zostawionych tego pierwszego dnia, z zimowej czapki lezącej na półce. Czekała cierpliwie i wierzyła, ze On w końcu zostawi w małym mieszkanku swój płaszcz. On jednak za kazdym razem wstawał, patrzył na izdebkę ciepłym wzrokiem, po czym zdejmował płaszcz z wieszaka i przekręcał klucz w zamku. Wracał do twierdzy.
Izdebka z miłością i oddaniem wynajmowała Mu swoje pokoje, ale chciała lokatora na stałe. Takiego, który jadłby śniadanie przy stole jej kuchni i spał w łózku jej sypialni. Czekała więc. Czekała i po cichutku miała nadzieję, że on w końcu przyniesie walizkę, ze zostawi w przedpokoju swój płaszcz.
On jednak nie myślał nawet o opuszczeniu twierdzy. "Wybudowałem te ściany i muszę ich doglądać. Nie wyobrazam sobie zycia wśród innych ścian". Tak jej powiedział. Gdy siadał w jej fotelu, nie potrafiła się tym cieszyć. Moment jego wyjścia i powrotu do twierdzy przesłaniał te drobne chwile radości, gdy odwiedzał małe mieszkanko.
"Wiem, że zostawiam odciski na klamkach twoich drzwi, ze rysuję podłogę, że czasem ochlapię fotel czekoladą. Jeśli będzie to dla Ciebie lepsze, zabiorę swoje rzeczy, oddam Ci klucz i nie będę więcej przychodził" - mówił ze smutkiem w oczach. "Nie chcę tego klucza. Wracaj, gdy tylko będziesz mógł. Moje ściany na Ciebie czekają" - odpowiadała. Ale ściany izdebki poszarzały. Z dnia na dzień traciły blask i świezość. Fotel skrzypiał, a izdebka kwiliła cicho, bo było jej pusto.
Pewnego dnia przyszedł jak zawsze: przekręcił klucz w zamku, powiesił płaszcz w przedpokoju. Na fotelu leżały ciepłe skarpetki zwinięte w kłębek, lezały koszule złożone w kostkę, a na nich zimowa czapka. Rozejrzał się dokoła. Włozył ubrania do duzych kieszeni płaszcza. Ostatni raz usiadł w fotelu, po czym wstał, zamknąl drzwi, a klucz zostawił pod wycieraczką.
Po wszystkich tych miesiącach izdebka z przytulnego pokoiku zamieniła się w szarą suterenę. Nie chciała juz zadnego lokatora. Nie chciała niczyich koszul w swojej szafie. Nie chciała, zeby ktoś inny siadał w fotelu. Fotel zapadł się nieco, a odbicie na oparciu wciąz pamiętało jedynego na nim siadającego.
Wrócił do twierdzy. Spojrzał na walizkę, której nie miał odwagi wynieść z czterech ścian. Włozył do niej koszule, skarpetki i czapkę. Zamknął walizkę na kłódkę; juz nigdy nie wyniesie zadnych ubrań do innego mieszkania. A ściany? Starsza, młodsza i najmłodsza tkwiły niewzruszone, zajęte widokiem na zewnątrz i obserwujące kazda swoją stronę świata. Z pęknięcia na nośnej zrobiła się wyrwa i teraz wraz z wiatrem do twierdzy wpadał deszcz i śnieg.
Otulił się płaszczem; wybrał marznięcie w imię milości do swoich trzech ścian.
Izdebka pokryła się kurzem.
niedziela, 24 maja 2009
Chorzy ludzie
Nie zareagował nikt. Nikt nie okazał wsparcia ani nawet zainteresowania. Przez moment byłam trendowata; nikt nie chciał się na-/za- razić. Głowy odwrócone w drugą stronę, uszy nastawione z ciekawości. I nie były to same, bezbronne kobiety, ale dorośli i rośli mężczyźni. Tacy sami, jak Ci, z którymi się zmagałam.
Było mi wstyd. Wstydziłam się i bałam jednocześnie. Ich trzech, ja i czarnoskóry kolega. Biały dzień. Siedzimy na peronie skm w Sopocie. Śmiejemy się z głupot; zmęczeni długim dniem pracy. Podchodzą do nas - jeden staje naprzeciwko, jeden siada obok. Seria obelg. Nie - wcale nie pod adresem znajomego Kenijczyka. Obrażają mnie. Nie przebierają w słowach. Nie wiem dlaczego odpowiedziałam - nie było warto strzępić sobie języka; nie było warto narażać siebie i znajomego. Ale fala złości, która podeszła do gardła pociagnęła za sobą potok słów.
Jak z najgorszej sceny w filmie o rasistach.
"Jestem do tego przyzwyczajony" - powiedział znajomy. "Ja nie. I jest mi wstyd" - odpowiedziałam.
Przeraziła mnie agresja; przeraził mnie "odwrócony wzrok gapiów".
Wsiadłam do pociągu z duszą na ramieniu...
Do samych drzwi domu oglądałam się za siebie. Z ulgą przekręciłam zamek.
Chorzy ludzie.
PS: "7 lat mieszkałem na zachodzie i miałem święty spokój; od przyjazdu do Polski juz 5 razy na ulicy wyzwano mnie od małp... więc poszedłem i kupiłem banana."
Było mi wstyd. Wstydziłam się i bałam jednocześnie. Ich trzech, ja i czarnoskóry kolega. Biały dzień. Siedzimy na peronie skm w Sopocie. Śmiejemy się z głupot; zmęczeni długim dniem pracy. Podchodzą do nas - jeden staje naprzeciwko, jeden siada obok. Seria obelg. Nie - wcale nie pod adresem znajomego Kenijczyka. Obrażają mnie. Nie przebierają w słowach. Nie wiem dlaczego odpowiedziałam - nie było warto strzępić sobie języka; nie było warto narażać siebie i znajomego. Ale fala złości, która podeszła do gardła pociagnęła za sobą potok słów.
Jak z najgorszej sceny w filmie o rasistach.
"Jestem do tego przyzwyczajony" - powiedział znajomy. "Ja nie. I jest mi wstyd" - odpowiedziałam.
Przeraziła mnie agresja; przeraził mnie "odwrócony wzrok gapiów".
Wsiadłam do pociągu z duszą na ramieniu...
Do samych drzwi domu oglądałam się za siebie. Z ulgą przekręciłam zamek.
Chorzy ludzie.
PS: "7 lat mieszkałem na zachodzie i miałem święty spokój; od przyjazdu do Polski juz 5 razy na ulicy wyzwano mnie od małp... więc poszedłem i kupiłem banana."
czwartek, 21 maja 2009
Wcale nie łyse ćwierćmózgi
Wstyd mi trochę. Nie lubię być oceniana; sama jednak nie do końca potrafię wyzbyć się tego jakże nieładnego nawyku. Spotykamy kogoś, rachu-ciachu - już oceniony, zaszufladkowany, głupi, mądry, modny, niemodny,taki, śmaki, owaki.
Przy każdym klubowym wejściu zawsze stoją: wysocy, szerocy, krótko ostrzyżeni, ciemne marynarki bądź golfy. Jak na nich mówimy? Karki, koksy, ABS'y [Anatomiczny Brak Szyi] itp. Są wulgarni? Są. Patrzą "spod byka"? Owszem. A jacy są w rzeczywistości? No właśnie - kto odpowie?
Moje najnowsze zajęcie pozwoliło mi na bliższe przyjrzenie się panom równie wysokim co szerokim. I okazało się, że nie taki diabeł straszny. Mają dzieci, żony, problemy w domu. Studiują [sic!], są instruktorami sztuk walki, zawodowymi sportowcami, mają poczucie humoru i potrafią być opiekuńczy.
Pilnują, zeby nikt się do mnie źle nie odniósł, zebym w ciągu nocnej zmiany odpowiednio duzo piła [bez procentów ;)] i regularnie rozprostowywała kości :) Dają wskazówki, jak obchodzić się z szefem i jak postępować, zeby nikt nie zarzucił mi deficytu w budzecie. Mozna z nimi przegadać pół nocy, częstują owocami i dbają, żebym bezpiecznie wróciła do domu. A ze opowiadają sprośne dowcipy, ze potrafią być wulgarni... cóz - nie tylko oni.
"Chłopcy z ochrony" - tak teraz o nich myślę. Uzywane wcześniej - nienajładniejsze trzeba przyznać - okreslenia przestały mi pasować. Pewnie się nie zaprzyjaźnimy i nie bedziemy chodzić na piwo po pracy, ale miło się do nich wraca.
Dobrze jest się "pozytywnie rozczarować". Wypuszczam ich z szuflady, w której kiedyś ich zamknęłam.
Przy każdym klubowym wejściu zawsze stoją: wysocy, szerocy, krótko ostrzyżeni, ciemne marynarki bądź golfy. Jak na nich mówimy? Karki, koksy, ABS'y [Anatomiczny Brak Szyi] itp. Są wulgarni? Są. Patrzą "spod byka"? Owszem. A jacy są w rzeczywistości? No właśnie - kto odpowie?
Moje najnowsze zajęcie pozwoliło mi na bliższe przyjrzenie się panom równie wysokim co szerokim. I okazało się, że nie taki diabeł straszny. Mają dzieci, żony, problemy w domu. Studiują [sic!], są instruktorami sztuk walki, zawodowymi sportowcami, mają poczucie humoru i potrafią być opiekuńczy.
Pilnują, zeby nikt się do mnie źle nie odniósł, zebym w ciągu nocnej zmiany odpowiednio duzo piła [bez procentów ;)] i regularnie rozprostowywała kości :) Dają wskazówki, jak obchodzić się z szefem i jak postępować, zeby nikt nie zarzucił mi deficytu w budzecie. Mozna z nimi przegadać pół nocy, częstują owocami i dbają, żebym bezpiecznie wróciła do domu. A ze opowiadają sprośne dowcipy, ze potrafią być wulgarni... cóz - nie tylko oni.
"Chłopcy z ochrony" - tak teraz o nich myślę. Uzywane wcześniej - nienajładniejsze trzeba przyznać - okreslenia przestały mi pasować. Pewnie się nie zaprzyjaźnimy i nie bedziemy chodzić na piwo po pracy, ale miło się do nich wraca.
Dobrze jest się "pozytywnie rozczarować". Wypuszczam ich z szuflady, w której kiedyś ich zamknęłam.
niedziela, 10 maja 2009
Na peronie love story
Wracałam dzisiaj do Trójmiasta po weekendzie spędzonym u brata i jego przyszłej żony; jadę pociągiem - jest zupełnie przyjemnie. Czytam sobie gazetę, w przedziale bez tłoku. I tylko z każdym przystankiem czuje narastające poirytowanie.
Szybka analiza: nikt w przedziale nie mlaska, nie chrapie, nie chrząka, nie cmoka, nie szturcha mnie łokciem i nie je kanapek z kiełbasą; dzieci nie płaczą i nie paplają bo ich w przedziale nie ma, nikt nie słucha podkręconego na maxa agresywnego punka, nikt nie wypryskał się duszącymi perfumami; nie jestem też głodna, nic mnie nie boli, nie swędzi i nie gniecie. Co więc jest nie tak i czemu robię się z chwili na chwilę coraz bardziej zła? Bo oni się całują i ściskają! Bezczelni! Wysiadają z pociągu i hop siup - już sobie leżą w ramionach! Na każdej stacji to samo - no ludzie ileż można?! W miejscu publicznym - któż to widział!?
Tak - to prawda i nieuchronnie postępująca choroba - robię się wredną, zgorzkniałą i jędzowatą samotnicą. Jeszcze parę lat i dojdzie pewnie cyniczny przyjaciel gej, pies z rodowodem, którym będę się chwaliła na lewo i prawo [zamiast dzieci] i mały, drogi, snobistyczny samochodzik [daj Boże ]. Już słyszę, jak przy trzeciej butelce wina ja i mój przyjaciel-gej zamieniamy się w lożę szyderców i obrabiamy dupy tym jakże nieszczęśliwym i zupełnie przeciętnym ludziom, którzy pozakładali rodziny, wożą dzieci na basen i angielski, kupują hurtowo płatki śniadaniowe a na wakacje jeżdżą do resortów przystosowanych dla rodzin z dziećmi, gdzie ich pociechy całymi dniami tarzają się w kolorowych piłeczkach.Ci to muszą mieć c i ę ż k i e życie. Nie to co my - wciąż wolni i niezależni, nie musimy zmieniać pieluch, prać śliniaczków ubabranych tartą marchewką, chować głęboko do szuflady prezerwatyw i takich tam gadżetów, pytać, jakie wino woli druga połówka i dzielić się pilotem od telewizora; chodzimy do kina po to, żeby rzeczywiście obejrzeć film a nie pomiziać się z partnerem, zamiast głupio sentymentalnych spacerów po parku wolimy ciekawą książkę - oczywiście w absolutnej samotności bo tylko tak można się skoncentrować [okazuje się, ze samotność przy robieniu zakupów, zasypianiu, chorowaniu, odwiedzaniu znajomych i gotowaniu też sprzyja "koncentracji" - cisza, spokój...dużo tych "skoncentrowanych chwil...].
Taaaaak - pełnia szczęścia.
I tak jadąc sobie w stronę domu naoglądałam się tych nieokrzesanych skaczących ku sobie na peronach dzikusów. Phi!
A teraz idę na pocieszenie wciągnąć truskawki z bitką śmitką i lodami waniliowymi - też mi się coś od życia należy :)
Szybka analiza: nikt w przedziale nie mlaska, nie chrapie, nie chrząka, nie cmoka, nie szturcha mnie łokciem i nie je kanapek z kiełbasą; dzieci nie płaczą i nie paplają bo ich w przedziale nie ma, nikt nie słucha podkręconego na maxa agresywnego punka, nikt nie wypryskał się duszącymi perfumami; nie jestem też głodna, nic mnie nie boli, nie swędzi i nie gniecie. Co więc jest nie tak i czemu robię się z chwili na chwilę coraz bardziej zła? Bo oni się całują i ściskają! Bezczelni! Wysiadają z pociągu i hop siup - już sobie leżą w ramionach! Na każdej stacji to samo - no ludzie ileż można?! W miejscu publicznym - któż to widział!?
Tak - to prawda i nieuchronnie postępująca choroba - robię się wredną, zgorzkniałą i jędzowatą samotnicą. Jeszcze parę lat i dojdzie pewnie cyniczny przyjaciel gej, pies z rodowodem, którym będę się chwaliła na lewo i prawo [zamiast dzieci] i mały, drogi, snobistyczny samochodzik [daj Boże ]. Już słyszę, jak przy trzeciej butelce wina ja i mój przyjaciel-gej zamieniamy się w lożę szyderców i obrabiamy dupy tym jakże nieszczęśliwym i zupełnie przeciętnym ludziom, którzy pozakładali rodziny, wożą dzieci na basen i angielski, kupują hurtowo płatki śniadaniowe a na wakacje jeżdżą do resortów przystosowanych dla rodzin z dziećmi, gdzie ich pociechy całymi dniami tarzają się w kolorowych piłeczkach.Ci to muszą mieć c i ę ż k i e życie. Nie to co my - wciąż wolni i niezależni, nie musimy zmieniać pieluch, prać śliniaczków ubabranych tartą marchewką, chować głęboko do szuflady prezerwatyw i takich tam gadżetów, pytać, jakie wino woli druga połówka i dzielić się pilotem od telewizora; chodzimy do kina po to, żeby rzeczywiście obejrzeć film a nie pomiziać się z partnerem, zamiast głupio sentymentalnych spacerów po parku wolimy ciekawą książkę - oczywiście w absolutnej samotności bo tylko tak można się skoncentrować [okazuje się, ze samotność przy robieniu zakupów, zasypianiu, chorowaniu, odwiedzaniu znajomych i gotowaniu też sprzyja "koncentracji" - cisza, spokój...dużo tych "skoncentrowanych chwil...].
Taaaaak - pełnia szczęścia.
I tak jadąc sobie w stronę domu naoglądałam się tych nieokrzesanych skaczących ku sobie na peronach dzikusów. Phi!
A teraz idę na pocieszenie wciągnąć truskawki z bitką śmitką i lodami waniliowymi - też mi się coś od życia należy :)
piątek, 8 maja 2009
Narodziny
Zielone plamy na brązowym tle tańczyły przed jej oczami dostojnego, rytmicznego walca. Brąz na przemian z zielenią, zielony w parze z brązowym, zielony na tle brązowego...Soczyste majowe liście na pachnącej, ciepłej ściółce.
Hucząca w głowie pustka. Wyrwany z nicości człowiek. Kogo widziała przed chwilą? Co za przedziwny, niezykle długi i intensywny sen? Światło i brązowo-zielone plamy zmyły go, jak fale najdrobniejsze muszelki z wybrzeża. Pozostała tylko głucha, przerażająca pustka. Bez miejsca, czasu, imienia i nazwiska. Bez płci, bez czucia, bez wspomnień. Tabula rasa. Więc taki stan ma umysł ludzki zaraz po narodzinach? Czysty [a może zielono-brązowy?], niczym nie zmącony, nie zakłócony, nie niepokojony i nieskalany, bezpieczny umysł. Poruszony świadomością ogromu informacji, które lada moment napłyną do szarych komórek. Ciemna otchłań bez przeżyć umieszczona w ludzkim ciele właśnie przyszła na świat.
Podlane wieczornym słońcem poczucie niebytu. Strach przed zupełną zapaścią jaźni. Bezradność. Bezbronność. Bezwładne, niekontrolowane ciało. Lekkie kończyny, dreszcze przebiegające wzdłuż tułowia. Splątany, kołkowaty język. I ta głęboka pustka umysłu. Nagle przenikliwe zimno. Wstrząs idący od naskórka do szpiku kości. I twarz.
Przyjazna, dobrze znana twarz. Kochające, zmartwione oczy. Ciepłe dłonie obejmujące policzki i badawczo zaglądające w szerokie źrenice.
- Miałaś otwarte oczy, ogromne źrenice. Cała byłaś sina. Straciłaś przytomność.
- Więc tak to jest, kiedy się nie myśli - pomyślała.
Hucząca w głowie pustka. Wyrwany z nicości człowiek. Kogo widziała przed chwilą? Co za przedziwny, niezykle długi i intensywny sen? Światło i brązowo-zielone plamy zmyły go, jak fale najdrobniejsze muszelki z wybrzeża. Pozostała tylko głucha, przerażająca pustka. Bez miejsca, czasu, imienia i nazwiska. Bez płci, bez czucia, bez wspomnień. Tabula rasa. Więc taki stan ma umysł ludzki zaraz po narodzinach? Czysty [a może zielono-brązowy?], niczym nie zmącony, nie zakłócony, nie niepokojony i nieskalany, bezpieczny umysł. Poruszony świadomością ogromu informacji, które lada moment napłyną do szarych komórek. Ciemna otchłań bez przeżyć umieszczona w ludzkim ciele właśnie przyszła na świat.
Podlane wieczornym słońcem poczucie niebytu. Strach przed zupełną zapaścią jaźni. Bezradność. Bezbronność. Bezwładne, niekontrolowane ciało. Lekkie kończyny, dreszcze przebiegające wzdłuż tułowia. Splątany, kołkowaty język. I ta głęboka pustka umysłu. Nagle przenikliwe zimno. Wstrząs idący od naskórka do szpiku kości. I twarz.
Przyjazna, dobrze znana twarz. Kochające, zmartwione oczy. Ciepłe dłonie obejmujące policzki i badawczo zaglądające w szerokie źrenice.
- Miałaś otwarte oczy, ogromne źrenice. Cała byłaś sina. Straciłaś przytomność.
- Więc tak to jest, kiedy się nie myśli - pomyślała.
poniedziałek, 4 maja 2009
Każdy ma tylko jedno
To nie jest preludium, ani przesłuchanie, ani próba generalna. To jest to. Już. Teraz. W tej sekundzie i w każdej następnej. Ucieka. Pędzi. Przelatuje między palcami. Każdy ma tylko jedno.
Trudno to opisać. Smutek? - na pewno. Przerażenie? - też. Zgroza...tak - zgroza.
Nie ważne, czy 80, czy 20. Po każdej takiej stracie boli wszystko, boli każda komórka ciała, a do głowy przychodzą myśli, które na codzień chowają się w ciemnych zakamarkach szarych komórek. Bo czy myślimy na każdym kroku o tym, że w końcu przysypią nas ziemią? I dobrze, że nie myślimy, że tak mądrze jesteśmy skonstruowani i chowamy gdzieś w podświadomości wiedzę o tym, że z każdą chwilą umieramy.
Bywa jednak tak, że kostucha jak dżdżownica po deszczu wyłazi na powierzchnię jaźni. I wtedy następuje paraliż. Bo jak to? No jak? Tak po prostu?
Stopniał śnieg i dwa ciała wystąpiły jak żołnierze z szeregu. Zupełnie nagle, po pięciu miesiącach wrócili do swoich rodzin i przyjaciół. Ale już nie tacy jak kiedyś. Ona cichutka i on też milczący. Zdystansowani, chłodni. Zimni. Przeleżeli w górach, pod śniegiem prawie pół roku.
Długie godziny, dni, tygodnie niepewności. I w końcu są. Nie tacy, jakich chcieliśmy odzyskać. Zupełnie inni. Taki powrót przynosi tępy, piekący ból i ulgę jednocześnie. Odchodzi niepewność, zastępuje ją żałoba.
Szybko, jak widoki za oknem pędzącego pociągu, przelatują obrazy. Takie sprzeczne, takie chaotyczne. Tu się uśmiecha i żartuje, a tu już leży sina, zimna, zrezygnowana. Nie wymażę z pamięci tego, jak mówiła "giełtki" zamiast "giętki" i "majoł" zamiast "mają". Miała takie przenikliwie niebieskie oczy. Krótkie włosy, chustka na szyi... nick na forum: ciasteczkoludek. Świetnie oddawał jej naturę. Słodka, ciepła, szalona. Jeszcze nieco niewinna, energiczna. Piskliwy głos, kiedy w dyskusji dopadały ją emocje. Była mądra. Tak właśnie. Inteligentna - też, ale przede wszystkim mądra. Rozsądna. Ale to nie mądrość i nie rozsądek zaprowadziły ją w wysokie góry.
Chciałabym pamiętać tylko jedno - jak brała z życia garściami. Ale teraz przed oczami mam tylko jedną (powiedziałaby "jednoł") stop-klatkę: przerażona, zmarznięta, daleko od domu ,wysoko w górach słabnie. Boi się. Za każdym razem boję się razem z nią. Cholernie się boję i jest mi równie zimno; drętwieją kończyny. On jest w pobliżu - też już słaby, zrezygnowany. A może jednak nie. Może we dwoje dają sobie nadzieję i resztkę ciepła.
Myślałam: jak wrócisz, za karę dostaniesz kopa w tyłek. Wróciłaś. I jedyne co mogę zrobić, to zapalić Ci świeczkę.
Olga Witczak. Jakub Wancław.
Trudno to opisać. Smutek? - na pewno. Przerażenie? - też. Zgroza...tak - zgroza.
Nie ważne, czy 80, czy 20. Po każdej takiej stracie boli wszystko, boli każda komórka ciała, a do głowy przychodzą myśli, które na codzień chowają się w ciemnych zakamarkach szarych komórek. Bo czy myślimy na każdym kroku o tym, że w końcu przysypią nas ziemią? I dobrze, że nie myślimy, że tak mądrze jesteśmy skonstruowani i chowamy gdzieś w podświadomości wiedzę o tym, że z każdą chwilą umieramy.
Bywa jednak tak, że kostucha jak dżdżownica po deszczu wyłazi na powierzchnię jaźni. I wtedy następuje paraliż. Bo jak to? No jak? Tak po prostu?
Stopniał śnieg i dwa ciała wystąpiły jak żołnierze z szeregu. Zupełnie nagle, po pięciu miesiącach wrócili do swoich rodzin i przyjaciół. Ale już nie tacy jak kiedyś. Ona cichutka i on też milczący. Zdystansowani, chłodni. Zimni. Przeleżeli w górach, pod śniegiem prawie pół roku.
Długie godziny, dni, tygodnie niepewności. I w końcu są. Nie tacy, jakich chcieliśmy odzyskać. Zupełnie inni. Taki powrót przynosi tępy, piekący ból i ulgę jednocześnie. Odchodzi niepewność, zastępuje ją żałoba.
Szybko, jak widoki za oknem pędzącego pociągu, przelatują obrazy. Takie sprzeczne, takie chaotyczne. Tu się uśmiecha i żartuje, a tu już leży sina, zimna, zrezygnowana. Nie wymażę z pamięci tego, jak mówiła "giełtki" zamiast "giętki" i "majoł" zamiast "mają". Miała takie przenikliwie niebieskie oczy. Krótkie włosy, chustka na szyi... nick na forum: ciasteczkoludek. Świetnie oddawał jej naturę. Słodka, ciepła, szalona. Jeszcze nieco niewinna, energiczna. Piskliwy głos, kiedy w dyskusji dopadały ją emocje. Była mądra. Tak właśnie. Inteligentna - też, ale przede wszystkim mądra. Rozsądna. Ale to nie mądrość i nie rozsądek zaprowadziły ją w wysokie góry.
Chciałabym pamiętać tylko jedno - jak brała z życia garściami. Ale teraz przed oczami mam tylko jedną (powiedziałaby "jednoł") stop-klatkę: przerażona, zmarznięta, daleko od domu ,wysoko w górach słabnie. Boi się. Za każdym razem boję się razem z nią. Cholernie się boję i jest mi równie zimno; drętwieją kończyny. On jest w pobliżu - też już słaby, zrezygnowany. A może jednak nie. Może we dwoje dają sobie nadzieję i resztkę ciepła.
Myślałam: jak wrócisz, za karę dostaniesz kopa w tyłek. Wróciłaś. I jedyne co mogę zrobić, to zapalić Ci świeczkę.
Olga Witczak. Jakub Wancław.
sobota, 2 maja 2009
A 2 maja się wstydziłam
Za kogo? Za panią w sklepie. Chociaz "panią" to mocne nadużycie w tym przypadku. Za młodą, wredną, niewychowaną siksę - tak lepiej.
Dwie panie z zagranicy na zakupach - mama z córką. Rysy bardzo azjatyckie, ciemna karnacja, skośne oczy, ciemne włosy. Kulturalne, modnie ubrane, mówią po polsku, słychać akcent (najprawdopodobniej jakis region Rosji).
Panie - zupełnie jak ja z mamą - spacerują między pułkami, ogladają. Znajdują coś godnego przymiarki. Buty.
Ekspedientki - 3 młode, 1 starsza (prawdopodobnie kierowniczka). Stoją na środku sklepu (a sklep taki z droższych trochę, spodziewałam się klasy) - śmiechy, chichy, high life. W końcu Pani-z-Zagranicy prosi o jakieś buty; czeka wraz z córka cierpliwie. Ekspedientka idzie opornie po obuwie, w drodze powrotnej ucina sobie pogawędkę z koleżanką. A Pani-z-Zagranicy wciąż czeka. Czeka i obserwuje sytuację. I w końcu grzecznie upomina się o towar. Ekspedientka zła, burczy.
Kręcę się po sklepie, niegrzecznie podsłuchuję i wścibsko śledzę bieg wydarzeń. Buty za małe lub za duże. Córka Pani-z.-Z. prosi znów o wymianę. Ekspedientka przychodzi z kartonem i rzuca go od niechcenia pod nogi dziewczyny, do tego nie odpowiada na pytanie, które ta jej zadała. Pani-z.-Z. traci nerwy. Podobnie moja mama, która dzielnie wspiera Panią-z.-Z. Podobnie ja, bo chamstwa nie zniesę! Ekspedientka milknie, bo zewsząd lecą na nią gromy (kulturalne - rzecz jasna - ale cięte i na tyle skuteczne, żeby jej poszło w pięty).
Wstydzę się okropnie. Za tę durną małolatę, która słysząc akcent ze wschodu chciała sobie ulżyć, może wyładować jakieś frustracje. Wstydzę się za kierowniczkę sklepu, która w ogóle nie zareagowała, jedynie przesłodzonym jadowitym głosem dokończyła obsługę i skasowała towar. Moja mama klucha w gardle, ja łzy w oczach. A Pani-z.-Z. mówi, że choć chciała tu zostawić dobre pieniądze, to idzie dalej, bo w takim sklepie nie warto.
Czy taka sytuacja miałaby miejsce, gdyby panie mówiły między sobą po niemiecku, angielsku, włosku? Czy durnej małolacie nie przyszło do głowy, że ktoś mógłby ją tak potraktować na zachodzie? A może nie przyszło jej nawet do głowy, że jest tam właśnie od tego, żeby biegać z butami, spodniami, kieckami, być miłą dla klientów (jeśli ci są mili) i sprzedawać towar?! Na pewno natomiast nie przyszło jej do głowy, że jest po prostu rasistką. A ja za jej rasizm się wstydu najadłam. Więcej słów mi szkoda. Kropka.
Dwie panie z zagranicy na zakupach - mama z córką. Rysy bardzo azjatyckie, ciemna karnacja, skośne oczy, ciemne włosy. Kulturalne, modnie ubrane, mówią po polsku, słychać akcent (najprawdopodobniej jakis region Rosji).
Panie - zupełnie jak ja z mamą - spacerują między pułkami, ogladają. Znajdują coś godnego przymiarki. Buty.
Ekspedientki - 3 młode, 1 starsza (prawdopodobnie kierowniczka). Stoją na środku sklepu (a sklep taki z droższych trochę, spodziewałam się klasy) - śmiechy, chichy, high life. W końcu Pani-z-Zagranicy prosi o jakieś buty; czeka wraz z córka cierpliwie. Ekspedientka idzie opornie po obuwie, w drodze powrotnej ucina sobie pogawędkę z koleżanką. A Pani-z-Zagranicy wciąż czeka. Czeka i obserwuje sytuację. I w końcu grzecznie upomina się o towar. Ekspedientka zła, burczy.
Kręcę się po sklepie, niegrzecznie podsłuchuję i wścibsko śledzę bieg wydarzeń. Buty za małe lub za duże. Córka Pani-z.-Z. prosi znów o wymianę. Ekspedientka przychodzi z kartonem i rzuca go od niechcenia pod nogi dziewczyny, do tego nie odpowiada na pytanie, które ta jej zadała. Pani-z.-Z. traci nerwy. Podobnie moja mama, która dzielnie wspiera Panią-z.-Z. Podobnie ja, bo chamstwa nie zniesę! Ekspedientka milknie, bo zewsząd lecą na nią gromy (kulturalne - rzecz jasna - ale cięte i na tyle skuteczne, żeby jej poszło w pięty).
Wstydzę się okropnie. Za tę durną małolatę, która słysząc akcent ze wschodu chciała sobie ulżyć, może wyładować jakieś frustracje. Wstydzę się za kierowniczkę sklepu, która w ogóle nie zareagowała, jedynie przesłodzonym jadowitym głosem dokończyła obsługę i skasowała towar. Moja mama klucha w gardle, ja łzy w oczach. A Pani-z.-Z. mówi, że choć chciała tu zostawić dobre pieniądze, to idzie dalej, bo w takim sklepie nie warto.
Czy taka sytuacja miałaby miejsce, gdyby panie mówiły między sobą po niemiecku, angielsku, włosku? Czy durnej małolacie nie przyszło do głowy, że ktoś mógłby ją tak potraktować na zachodzie? A może nie przyszło jej nawet do głowy, że jest tam właśnie od tego, żeby biegać z butami, spodniami, kieckami, być miłą dla klientów (jeśli ci są mili) i sprzedawać towar?! Na pewno natomiast nie przyszło jej do głowy, że jest po prostu rasistką. A ja za jej rasizm się wstydu najadłam. Więcej słów mi szkoda. Kropka.
Ku-Lisy
Trochę mi teraz dziwnie (żeby nie powiedzieć wstyd) z taką świadomością, ale nie ma co odcinać się od błędów młodości: Tak, byłam fanką Tomasza Lisa. Z naciskiem na b y ł a m i f a n k ą. Miałam za mało pojęcia wówczas o warsztacie dziennikarskim, aby powiedzieć, że ceniłam go za warsztat właśnie i stąd słowo "fanka". Czułam jednak - ale chyba jednak mimo wszystko widziałam - że w tym, co robił, Lis był tych kilka kroków dalej od swoich kolegów i koleżanek po fachu. Był po prostu lepszy. Fakty, którym wówczas szefował były na świetnym poziomie, a on zamiast gwiazdorzyć, zajmował się tym, co mu wychodziło - był dziennikarzem.
Potem pożegnał się z TVN, zawitał w Polsacie. W końcu też opuścił Polsat i wrócił tam, gdzie zaczęła się jego przygoda, czyli do telewizji publicznej. Na znak solidarności z partnerem, odeszła też z Polsatu Hanna Lis (wtedy jeszcze Smoktunowicz). I w zasadzie wolałabym pominąć wątek życia osobistego Lisa (a w zasadzie Lisów), ale mam mocne przeczucie, że to właśnie m.in. z nim związany jest spadek dziennikarskiej formy Tomasza Lisa.
Oto bowiem rozwodzi się on ze swoją żoną Kingą (nota bene też dziennikarką lub - jak kto woli - prezenterką) i wiąże z najlepszą przyjaciółką tejże żony Hanną, która w pewnym sensie właśnie jest (ale zdecydowanie dopiero za chwilę będzie) na medialnym topie.
I tu zaczyna się równia pochyła Lisa. Z dziennikarza przeistacza się w showmana. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że tak, jak kiedyś ważna była dla niego informacja, temat, tak aktualnie najważniejszym dla Lisa jest Lis. Stał się zadufanym gwiazdorzyną z pierwszych stron magazynów lifestyle'owych. Rozmachu jego upadkowi dodał właśnie akt związania się z kobietą, która kilkanaście dobrych lat temu była świadkiem na ślubie Lisa i Kingi-wtedy-jeszcze-Rusin. To wywołało niezdrowe zainteresowanie. Wiadomo - serce nie sługa, ale jemu chyba powinno zależeć na przyciągnięciu ludzi swoją pracą, a nie sercowymi perypetiami? I zamiast sprawę uciąć, pozwolił szyć dalej. Ba, nawet sam nawlekał nitkę!
Oglądając własną twarz w brukowcach i różnego rodzaju portalach internetowych zapomniał chyba, co dla niego istotne. Przekazywanie informacji zmieniło się dla niego w bycie informacją. To, co mówi, zostało zdominowane przez to, co mówi się o nim (a w zasadzie o nich).
Na spotkaniach z czytelnikami (napisał kilka książek, o których wspomnienie nieuchronnie nasuwa mi jedno słowo: "pop") jest cyniczny, arogancki i przyjmuje postawę Tomasz-jestem-bogiem-dziennikarstwa-Lis. Na niewygodne pytania reaguje wrednymi (tak - wrednymi właśnie - celowo rezygnuje tu z wszelakich eufemizmów) odpowiedziami. Jest napuszony, a pomieszczenia, w których spotyka się z ludźmi (a bywają to np. wysokie aule uniwersyteckie) ledwo mieszczą jego ego. Źle się go słucha (mimo całej elokwencji, jaką niewątpliwie dysponuje) i źle na niego patrzy.
Przy tym wszystkim nie można mu odmówić inteligencji i umiejętności. Na pewno też potrafi postawić - w imię pewnego rodzaju niezależności - swoją karierę na jedną kartę, co wielokrotnie z resztą udowodnił. Jest niepokorny i pewnie tym zyskał sobie szacunek świata mediów, polityki etc. I szkoda, ze tak bezmyślnie to wszystko marnuje. Psuje swój wizerunek profesjonalisty, człowieka z ogładą. Staje się (albo już się stał) medialnym bufonem. Stał się popowy i plastikowy. A ukoronowaniem tej sztuczności jest na pewno jego ostatnia boiskowa manifestacja. Po tym, jak jego żona Hanna Lis (to ta nowa żona) została dyscyplinarnie zwolniona z TVP, on w trakcie meczu towarzyskiego "media vs polityka" zdjął drużynową koszulkę, aby odsłonić koszulkoplakat, który cały mecz nosił pod spodem. A tam napis: "Haniu jestem z Ciebie dumny". I serduszko.
Dla mnie to równie ciężkostrawne, jak zestaw z makśmiecia. Jeśli chciał skomentować zawirowania w życiu zawodowym swojej partnerki, mógł zrobić to w inny sposób: napisać artykuł (chociaż przyznam, że trudno mi przywołać jakąś solidną gazetę, która mogłaby umieścić jego przemyślenia na ten temat), dać się zaprosić koledze do programu publicystycznego, opisać na blogu albo - i to uważam byłoby najlepszym komentarzem - nie ustosunkowywać się do sprawy. Tymczasem on sam włazi ludziom na języki. I to w taki banalny, kiczowaty sposób. Niby to kicz kontrolowany, ale wciąż kicz... Pomyślałam, że może chce utrzeć nosa tym, którzy spekulowali, czy odejdzie z TVP wraz z żoną, odwdzięczając się tym samym w jakiś sposób za jej wsparcie po odejściu z Polsatu. Sam sobie jednak utarł nosa. Sobie i jej jednocześnie. W sieci krąży masa zmontowanych wersji, w których hasło na koszulce przyjmuje postać sloganów typu "Haniu wstaw ziemniaki". Dostało się Lisom. Ale sami to na siebie sprowadzili przemieszczając się małymi krokami na teren showbiznesu.
Żeby za bardzo nie zamotać: jak zmiany w życiu osobistym Tomasza Lisa wpłynęły na spadek poziomu jego dziennikarstwa? Ano tak, że dał mediom za duży wgląd w brudy swojego życia osobistego. Mógł uciąć temat raz, drugi, trzeci. W końcu daliby mu spokój i wrócili do tego, co w jego przypadku istotne - do jego publicystyki. Skąd u Lisa ta potrzeba bycia w centrum t a k i e g o właśnie zainteresowania? Może czuje oddech konkurencji na plecach? W końcu jego koledzy z TVN ciągle są na topie, ich 5 minut trwa niezwykle długo. Jego 5 minut skończyło się w momencie, gdy opuścił Fakty. Zacietrzewił się? Chciał na siłę udowodnić, że jest dobry w tym, co robi i za bardzo skoncentrował się na sobie? A może pali mu się grunt pod nogami, bo skończyły się telewizyjne opcje? Jeśli odszedłby wraz z żoną z TVP, to gdzie mógłby się następnie zahaczyć? On - gwiazda polskiego świata mediów. "Zaliczył" już wszystkie znaczące stacje telewizyjne. Publiczna to jego ostatnia możliwość dotarcia do większego grona odbiorców. No - i są jeszcze bulwarówki i inne pudelki, które karmią się skandalem i bzdurami. I on im te bzdury daje. Nic dziwnego - sam wie najlepiej, czego pragnie masa.
"Nie ważne co mówią. Ważne, żeby poprawnie pisali nazwisko". W przypadku jego nazwiska o błąd akurat trudno. A właściciel nazwiska sprawia wrażenie osoby uzależnionej od oglądania swojej twarzy w środkach masowego przekazu. A wiadomo, jak to jest z uzależnionymi. Odwyk - ciężka sprawa, a i rzeczy wyczynia się durne i żenujące, żeby dostać swoją porcję narkotyku.
I tak na koniec: kim ja jestem, żeby oceniać Lisa? Z punktu branży medialnej - narybkiem, który obserwuje starych wyjadaczy i uczy się na ich błędach. Z pozycji tego, co robi szanowny Lis -i przede wszystkim dla kogo robi - jestem odbiorcą, który prawo do oceny zawsze ma (z prawa tego powinien z resztą częściej korzystać i bardziej krytycznie przyjmować tę papkę, którą mu serwują media; może wtedy treść i forma przekazu weszłyby na wyższy poziom).
Cenię umiejętności Tomasza Lisa, ale tylko do pewnego punktu w jego karierze. Po tym punkcie on sobie odpuścił dobry warsztat, a ja odpuściłam sobie jego jako pewien wzór fachowego podejścia do obowiązków.
Jeśli dzisiaj ktoś zapytałby, czy lubię Lisa ("lubię" w takim ogólnym, ludzkim, prostym znaczeniu, jakie niesie ze sobą takie pytanie), odpowiedziałabym, że raczej nie. Bo już mi się nie podoba jego dziennikarstwo, bo przegrał w moich oczach jak człowiek do bólu nie skromny (i nie traktuję skromności jako cnoty; po prostu nie lubię zarozumialców), bo nie lubię braku klasy.
PS: aby nie zostać posądzoną o hipokryzję, przyznaję się z pełną świadomością treści tegoż portalu - t a k - czytam pudelka; poziom nędzny, informacji żadnych, ale ta możliwość "podglądania" trzyma mnie i puścić nie chce ;)
Potem pożegnał się z TVN, zawitał w Polsacie. W końcu też opuścił Polsat i wrócił tam, gdzie zaczęła się jego przygoda, czyli do telewizji publicznej. Na znak solidarności z partnerem, odeszła też z Polsatu Hanna Lis (wtedy jeszcze Smoktunowicz). I w zasadzie wolałabym pominąć wątek życia osobistego Lisa (a w zasadzie Lisów), ale mam mocne przeczucie, że to właśnie m.in. z nim związany jest spadek dziennikarskiej formy Tomasza Lisa.
Oto bowiem rozwodzi się on ze swoją żoną Kingą (nota bene też dziennikarką lub - jak kto woli - prezenterką) i wiąże z najlepszą przyjaciółką tejże żony Hanną, która w pewnym sensie właśnie jest (ale zdecydowanie dopiero za chwilę będzie) na medialnym topie.
I tu zaczyna się równia pochyła Lisa. Z dziennikarza przeistacza się w showmana. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że tak, jak kiedyś ważna była dla niego informacja, temat, tak aktualnie najważniejszym dla Lisa jest Lis. Stał się zadufanym gwiazdorzyną z pierwszych stron magazynów lifestyle'owych. Rozmachu jego upadkowi dodał właśnie akt związania się z kobietą, która kilkanaście dobrych lat temu była świadkiem na ślubie Lisa i Kingi-wtedy-jeszcze-Rusin. To wywołało niezdrowe zainteresowanie. Wiadomo - serce nie sługa, ale jemu chyba powinno zależeć na przyciągnięciu ludzi swoją pracą, a nie sercowymi perypetiami? I zamiast sprawę uciąć, pozwolił szyć dalej. Ba, nawet sam nawlekał nitkę!
Oglądając własną twarz w brukowcach i różnego rodzaju portalach internetowych zapomniał chyba, co dla niego istotne. Przekazywanie informacji zmieniło się dla niego w bycie informacją. To, co mówi, zostało zdominowane przez to, co mówi się o nim (a w zasadzie o nich).
Na spotkaniach z czytelnikami (napisał kilka książek, o których wspomnienie nieuchronnie nasuwa mi jedno słowo: "pop") jest cyniczny, arogancki i przyjmuje postawę Tomasz-jestem-bogiem-dziennikarstwa-Lis. Na niewygodne pytania reaguje wrednymi (tak - wrednymi właśnie - celowo rezygnuje tu z wszelakich eufemizmów) odpowiedziami. Jest napuszony, a pomieszczenia, w których spotyka się z ludźmi (a bywają to np. wysokie aule uniwersyteckie) ledwo mieszczą jego ego. Źle się go słucha (mimo całej elokwencji, jaką niewątpliwie dysponuje) i źle na niego patrzy.
Przy tym wszystkim nie można mu odmówić inteligencji i umiejętności. Na pewno też potrafi postawić - w imię pewnego rodzaju niezależności - swoją karierę na jedną kartę, co wielokrotnie z resztą udowodnił. Jest niepokorny i pewnie tym zyskał sobie szacunek świata mediów, polityki etc. I szkoda, ze tak bezmyślnie to wszystko marnuje. Psuje swój wizerunek profesjonalisty, człowieka z ogładą. Staje się (albo już się stał) medialnym bufonem. Stał się popowy i plastikowy. A ukoronowaniem tej sztuczności jest na pewno jego ostatnia boiskowa manifestacja. Po tym, jak jego żona Hanna Lis (to ta nowa żona) została dyscyplinarnie zwolniona z TVP, on w trakcie meczu towarzyskiego "media vs polityka" zdjął drużynową koszulkę, aby odsłonić koszulkoplakat, który cały mecz nosił pod spodem. A tam napis: "Haniu jestem z Ciebie dumny". I serduszko.
Dla mnie to równie ciężkostrawne, jak zestaw z makśmiecia. Jeśli chciał skomentować zawirowania w życiu zawodowym swojej partnerki, mógł zrobić to w inny sposób: napisać artykuł (chociaż przyznam, że trudno mi przywołać jakąś solidną gazetę, która mogłaby umieścić jego przemyślenia na ten temat), dać się zaprosić koledze do programu publicystycznego, opisać na blogu albo - i to uważam byłoby najlepszym komentarzem - nie ustosunkowywać się do sprawy. Tymczasem on sam włazi ludziom na języki. I to w taki banalny, kiczowaty sposób. Niby to kicz kontrolowany, ale wciąż kicz... Pomyślałam, że może chce utrzeć nosa tym, którzy spekulowali, czy odejdzie z TVP wraz z żoną, odwdzięczając się tym samym w jakiś sposób za jej wsparcie po odejściu z Polsatu. Sam sobie jednak utarł nosa. Sobie i jej jednocześnie. W sieci krąży masa zmontowanych wersji, w których hasło na koszulce przyjmuje postać sloganów typu "Haniu wstaw ziemniaki". Dostało się Lisom. Ale sami to na siebie sprowadzili przemieszczając się małymi krokami na teren showbiznesu.
Żeby za bardzo nie zamotać: jak zmiany w życiu osobistym Tomasza Lisa wpłynęły na spadek poziomu jego dziennikarstwa? Ano tak, że dał mediom za duży wgląd w brudy swojego życia osobistego. Mógł uciąć temat raz, drugi, trzeci. W końcu daliby mu spokój i wrócili do tego, co w jego przypadku istotne - do jego publicystyki. Skąd u Lisa ta potrzeba bycia w centrum t a k i e g o właśnie zainteresowania? Może czuje oddech konkurencji na plecach? W końcu jego koledzy z TVN ciągle są na topie, ich 5 minut trwa niezwykle długo. Jego 5 minut skończyło się w momencie, gdy opuścił Fakty. Zacietrzewił się? Chciał na siłę udowodnić, że jest dobry w tym, co robi i za bardzo skoncentrował się na sobie? A może pali mu się grunt pod nogami, bo skończyły się telewizyjne opcje? Jeśli odszedłby wraz z żoną z TVP, to gdzie mógłby się następnie zahaczyć? On - gwiazda polskiego świata mediów. "Zaliczył" już wszystkie znaczące stacje telewizyjne. Publiczna to jego ostatnia możliwość dotarcia do większego grona odbiorców. No - i są jeszcze bulwarówki i inne pudelki, które karmią się skandalem i bzdurami. I on im te bzdury daje. Nic dziwnego - sam wie najlepiej, czego pragnie masa.
"Nie ważne co mówią. Ważne, żeby poprawnie pisali nazwisko". W przypadku jego nazwiska o błąd akurat trudno. A właściciel nazwiska sprawia wrażenie osoby uzależnionej od oglądania swojej twarzy w środkach masowego przekazu. A wiadomo, jak to jest z uzależnionymi. Odwyk - ciężka sprawa, a i rzeczy wyczynia się durne i żenujące, żeby dostać swoją porcję narkotyku.
I tak na koniec: kim ja jestem, żeby oceniać Lisa? Z punktu branży medialnej - narybkiem, który obserwuje starych wyjadaczy i uczy się na ich błędach. Z pozycji tego, co robi szanowny Lis -i przede wszystkim dla kogo robi - jestem odbiorcą, który prawo do oceny zawsze ma (z prawa tego powinien z resztą częściej korzystać i bardziej krytycznie przyjmować tę papkę, którą mu serwują media; może wtedy treść i forma przekazu weszłyby na wyższy poziom).
Cenię umiejętności Tomasza Lisa, ale tylko do pewnego punktu w jego karierze. Po tym punkcie on sobie odpuścił dobry warsztat, a ja odpuściłam sobie jego jako pewien wzór fachowego podejścia do obowiązków.
Jeśli dzisiaj ktoś zapytałby, czy lubię Lisa ("lubię" w takim ogólnym, ludzkim, prostym znaczeniu, jakie niesie ze sobą takie pytanie), odpowiedziałabym, że raczej nie. Bo już mi się nie podoba jego dziennikarstwo, bo przegrał w moich oczach jak człowiek do bólu nie skromny (i nie traktuję skromności jako cnoty; po prostu nie lubię zarozumialców), bo nie lubię braku klasy.
PS: aby nie zostać posądzoną o hipokryzję, przyznaję się z pełną świadomością treści tegoż portalu - t a k - czytam pudelka; poziom nędzny, informacji żadnych, ale ta możliwość "podglądania" trzyma mnie i puścić nie chce ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)