sobota, 2 maja 2009

Ku-Lisy

Trochę mi teraz dziwnie (żeby nie powiedzieć wstyd) z taką świadomością, ale nie ma co odcinać się od błędów młodości: Tak, byłam fanką Tomasza Lisa. Z naciskiem na b y ł a m i f a n k ą. Miałam za mało pojęcia wówczas o warsztacie dziennikarskim, aby powiedzieć, że ceniłam go za warsztat właśnie i stąd słowo "fanka". Czułam jednak - ale chyba jednak mimo wszystko widziałam - że w tym, co robił, Lis był tych kilka kroków dalej od swoich kolegów i koleżanek po fachu. Był po prostu lepszy. Fakty, którym wówczas szefował były na świetnym poziomie, a on zamiast gwiazdorzyć, zajmował się tym, co mu wychodziło - był dziennikarzem.

Potem pożegnał się z TVN, zawitał w Polsacie. W końcu też opuścił Polsat i wrócił tam, gdzie zaczęła się jego przygoda, czyli do telewizji publicznej. Na znak solidarności z partnerem, odeszła też z Polsatu Hanna Lis (wtedy jeszcze Smoktunowicz). I w zasadzie wolałabym pominąć wątek życia osobistego Lisa (a w zasadzie Lisów), ale mam mocne przeczucie, że to właśnie m.in. z nim związany jest spadek dziennikarskiej formy Tomasza Lisa.

Oto bowiem rozwodzi się on ze swoją żoną Kingą (nota bene też dziennikarką lub - jak kto woli - prezenterką) i wiąże z najlepszą przyjaciółką tejże żony Hanną, która w pewnym sensie właśnie jest (ale zdecydowanie dopiero za chwilę będzie) na medialnym topie.

I tu zaczyna się równia pochyła Lisa. Z dziennikarza przeistacza się w showmana. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że tak, jak kiedyś ważna była dla niego informacja, temat, tak aktualnie najważniejszym dla Lisa jest Lis. Stał się zadufanym gwiazdorzyną z pierwszych stron magazynów lifestyle'owych. Rozmachu jego upadkowi dodał właśnie akt związania się z kobietą, która kilkanaście dobrych lat temu była świadkiem na ślubie Lisa i Kingi-wtedy-jeszcze-Rusin. To wywołało niezdrowe zainteresowanie. Wiadomo - serce nie sługa, ale jemu chyba powinno zależeć na przyciągnięciu ludzi swoją pracą, a nie sercowymi perypetiami? I zamiast sprawę uciąć, pozwolił szyć dalej. Ba, nawet sam nawlekał nitkę!

Oglądając własną twarz w brukowcach i różnego rodzaju portalach internetowych zapomniał chyba, co dla niego istotne. Przekazywanie informacji zmieniło się dla niego w bycie informacją. To, co mówi, zostało zdominowane przez to, co mówi się o nim (a w zasadzie o nich).
Na spotkaniach z czytelnikami (napisał kilka książek, o których wspomnienie nieuchronnie nasuwa mi jedno słowo: "pop") jest cyniczny, arogancki i przyjmuje postawę Tomasz-jestem-bogiem-dziennikarstwa-Lis. Na niewygodne pytania reaguje wrednymi (tak - wrednymi właśnie - celowo rezygnuje tu z wszelakich eufemizmów) odpowiedziami. Jest napuszony, a pomieszczenia, w których spotyka się z ludźmi (a bywają to np. wysokie aule uniwersyteckie) ledwo mieszczą jego ego. Źle się go słucha (mimo całej elokwencji, jaką niewątpliwie dysponuje) i źle na niego patrzy.

Przy tym wszystkim nie można mu odmówić inteligencji i umiejętności. Na pewno też potrafi postawić - w imię pewnego rodzaju niezależności - swoją karierę na jedną kartę, co wielokrotnie z resztą udowodnił. Jest niepokorny i pewnie tym zyskał sobie szacunek świata mediów, polityki etc. I szkoda, ze tak bezmyślnie to wszystko marnuje. Psuje swój wizerunek profesjonalisty, człowieka z ogładą. Staje się (albo już się stał) medialnym bufonem. Stał się popowy i plastikowy. A ukoronowaniem tej sztuczności jest na pewno jego ostatnia boiskowa manifestacja. Po tym, jak jego żona Hanna Lis (to ta nowa żona) została dyscyplinarnie zwolniona z TVP, on w trakcie meczu towarzyskiego "media vs polityka" zdjął drużynową koszulkę, aby odsłonić koszulkoplakat, który cały mecz nosił pod spodem. A tam napis: "Haniu jestem z Ciebie dumny". I serduszko.

Dla mnie to równie ciężkostrawne, jak zestaw z makśmiecia. Jeśli chciał skomentować zawirowania w życiu zawodowym swojej partnerki, mógł zrobić to w inny sposób: napisać artykuł (chociaż przyznam, że trudno mi przywołać jakąś solidną gazetę, która mogłaby umieścić jego przemyślenia na ten temat), dać się zaprosić koledze do programu publicystycznego, opisać na blogu albo - i to uważam byłoby najlepszym komentarzem - nie ustosunkowywać się do sprawy. Tymczasem on sam włazi ludziom na języki. I to w taki banalny, kiczowaty sposób. Niby to kicz kontrolowany, ale wciąż kicz... Pomyślałam, że może chce utrzeć nosa tym, którzy spekulowali, czy odejdzie z TVP wraz z żoną, odwdzięczając się tym samym w jakiś sposób za jej wsparcie po odejściu z Polsatu. Sam sobie jednak utarł nosa. Sobie i jej jednocześnie. W sieci krąży masa zmontowanych wersji, w których hasło na koszulce przyjmuje postać sloganów typu "Haniu wstaw ziemniaki". Dostało się Lisom. Ale sami to na siebie sprowadzili przemieszczając się małymi krokami na teren showbiznesu.

Żeby za bardzo nie zamotać: jak zmiany w życiu osobistym Tomasza Lisa wpłynęły na spadek poziomu jego dziennikarstwa? Ano tak, że dał mediom za duży wgląd w brudy swojego życia osobistego. Mógł uciąć temat raz, drugi, trzeci. W końcu daliby mu spokój i wrócili do tego, co w jego przypadku istotne - do jego publicystyki. Skąd u Lisa ta potrzeba bycia w centrum t a k i e g o właśnie zainteresowania? Może czuje oddech konkurencji na plecach? W końcu jego koledzy z TVN ciągle są na topie, ich 5 minut trwa niezwykle długo. Jego 5 minut skończyło się w momencie, gdy opuścił Fakty. Zacietrzewił się? Chciał na siłę udowodnić, że jest dobry w tym, co robi i za bardzo skoncentrował się na sobie? A może pali mu się grunt pod nogami, bo skończyły się telewizyjne opcje? Jeśli odszedłby wraz z żoną z TVP, to gdzie mógłby się następnie zahaczyć? On - gwiazda polskiego świata mediów. "Zaliczył" już wszystkie znaczące stacje telewizyjne. Publiczna to jego ostatnia możliwość dotarcia do większego grona odbiorców. No - i są jeszcze bulwarówki i inne pudelki, które karmią się skandalem i bzdurami. I on im te bzdury daje. Nic dziwnego - sam wie najlepiej, czego pragnie masa.

"Nie ważne co mówią. Ważne, żeby poprawnie pisali nazwisko". W przypadku jego nazwiska o błąd akurat trudno. A właściciel nazwiska sprawia wrażenie osoby uzależnionej od oglądania swojej twarzy w środkach masowego przekazu. A wiadomo, jak to jest z uzależnionymi. Odwyk - ciężka sprawa, a i rzeczy wyczynia się durne i żenujące, żeby dostać swoją porcję narkotyku.

I tak na koniec: kim ja jestem, żeby oceniać Lisa? Z punktu branży medialnej - narybkiem, który obserwuje starych wyjadaczy i uczy się na ich błędach. Z pozycji tego, co robi szanowny Lis -i przede wszystkim dla kogo robi - jestem odbiorcą, który prawo do oceny zawsze ma (z prawa tego powinien z resztą częściej korzystać i bardziej krytycznie przyjmować tę papkę, którą mu serwują media; może wtedy treść i forma przekazu weszłyby na wyższy poziom).
Cenię umiejętności Tomasza Lisa, ale tylko do pewnego punktu w jego karierze. Po tym punkcie on sobie odpuścił dobry warsztat, a ja odpuściłam sobie jego jako pewien wzór fachowego podejścia do obowiązków.
Jeśli dzisiaj ktoś zapytałby, czy lubię Lisa ("lubię" w takim ogólnym, ludzkim, prostym znaczeniu, jakie niesie ze sobą takie pytanie), odpowiedziałabym, że raczej nie. Bo już mi się nie podoba jego dziennikarstwo, bo przegrał w moich oczach jak człowiek do bólu nie skromny (i nie traktuję skromności jako cnoty; po prostu nie lubię zarozumialców), bo nie lubię braku klasy.


PS: aby nie zostać posądzoną o hipokryzję, przyznaję się z pełną świadomością treści tegoż portalu - t a k - czytam pudelka; poziom nędzny, informacji żadnych, ale ta możliwość "podglądania" trzyma mnie i puścić nie chce ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opcja 'komentarze anonimowe' po co jest - każdy wie. Jeśli jednak komentarz będzie obraźliwy lub po prostu głupi (typu "ale to głupie")zostanie usunięty. Obraźliwy nie znaczy niezgodny z poglądami autorki ;)
Zachęcam do podpisywania się - będzie mi łatwiej odnosić się do komentarzy.