środa, 29 kwietnia 2009
Horoskop tygodniowy 27.04.2009 - 03.05.2009
MIŁOŚĆ:
"Otaczający cię mężczyźni będą cię teraz rozpieszczać i dbać o twoje dobre samopoczucie. Im bardziej będziesz wybredna, tym lepsze osiągniesz efekty. Masz teraz swoje 5 minut i wykorzystaj je w pełni. Nie bój się, że konsekwencją takiej postawy może być samotność. Jeśliby tak się stało, to znak, że po prostu nieuchronne przyszło wcześniej."
Tak - czyli stało się ;/. Tak, jak przypuszczałam. Bycie kraczącą wroną nie jest fajne. Ani trochę. Absolutnie nie! Mówienie matce rodzicielce od lat kilku, żeby posagu nie szykowała i na wnuki nie czekała (o córce mowa, bo syn zakłada rodzinę pełną gębą ;D) wcale nie było czczym gadaniem... ale że tak szybko los mi przytaknie, tego nawet ja - pierwsza wśród czarnowidzów i pesymistów -się nie spodziewałam.
Otaczający mnie mężczyźni będą mnie rozpieszczać... ciekawa jestem niezmiernie którzy i w jaki sposób. W razie jeśli mężczyźni z mojego otoczenia właśnie tu są i czytają, to oznajmiam, że lubię:
- czekoladę "z okienkiem" (gorzką z całymi orzechami),
- filmy sensacyjne i thrillery,
- drapanie po plecach i głaskanie po głowie,
- całowanie po powiekach,
- t r u s k a w k i (!!!)
- jazz z saksofonem w roli głównej
- piwo z dużą ilością cytryny i odrobiną coli
- martini (białe) z wodą niegazowaną (i dużo cytryny)
- balsamy czekoladowe, waniliowe i owocowe
- wylegiwanie się w słońcu (niekoniecznie na gorącym, blaszanym dachu ;-D)
- mocną gorącą kawę z mlekiem z rana do łożka
- twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem
- wiersze Zuzanny Ginczanki
... wszystko to takie banalne, a miałam być wybredna...
Jeśli konsekwencją "takiej postawy" (a'la roszczeniowej czy coś) miałaby być samotność, to nie wiem, w jaki sposób naprawdę wymagające kobiety znajdują swoich amantów.
A mówił niejeden, że jestem idealną kandydatką na żonę, bo moja wzorowa randka ogranicza się do piwa, pizzy i piłki nożnej ;-D
A tu masz Ci los - wróżka mi wróży samotność!
Śluby mi nie w smak - to fakt, ale żeby tak zaraz samotność -phi!
"To znak, że nieuchronne przyszło wcześniej"...wyryły mi się te słowa w pamięci ojjjj...
I trzeba było krakać?...
S a m o t n o ś ć. Nie podoba mi się to słowo - ani nie wygląda, ani nie brzmi. Karą za jego nadużywanie może być nadanie mu wymiaru rzeczywistego. Licho nie śpi. Ale ja już prawie - z nosem przyklejonym do monitora.
Wszystkim życzę dobrej nocy, a wróżce radzę, żeby raz jeszcze zajrzała w kulę, inaczej ktoś wywróży jej kilka siniaków na czarodziejskim siedzeniu ;-)
Smak czasu
Pycha... upływ czasu jest po prostu delikatesem. Przyjemnie rozpływa się w ustach, łaskocze podniebienie. Rarytas. I tylko nieliczni potrafią go docenić. Płynie, nieubłaganie, rwie się do przodu, zostawia za sobą wszystko i wszystkich. Przyprawia twarzy zmarszczek, głowie siwych włosów, pamięci wspomnień - tez tych przykrych. Ale jest cudowny. Bo leczy. Wszystko. Nie tylko -jak to się zwykło mówić - rany. Leczy ból brzucha, kiedy ulega się łakomstwu, leczy pogruchotane uczucia i pozwala odrosnąć źle przystrzyżonym włosom.
Jest wybawcą w beznadziei. Kiedy wszystko podchodzi do gardła i żołądek już prawie wywraca się na druga stronę - wystarczy pomyśleć, że on ciągle pędzi, nie zatrzymuje się, wybiela czarne chwile w życiorysie. Wybiela, sprawia, że stają się nieważne, blade, przezroczyste.
A kiedy płoniesz ze wstydu? Zaciśnij zęby, pięści, zignoruj purpurę, która jak złośliwy wąż wypełzła w obfitej okazałości na policzki i pomyśl, że za minutę, może za dwie albo trzy to wszystko minie. Wstyd minie razem z chwilą, w której się pojawił.
Czas pędzi, pojawia się i znika jednocześnie; w tym samym momencie jest i go nie ma. Nie można określić ani momentu, w którym się pojawia, ani tego, w którym znika. Ulatnia się, zapomniany, błyskawicznie mordowany. Ale czas jest przebiegły, sprytny. Jest złośliwy, spragniony pomnika wieczności. Nie chce zostać do końca zapomniany. Rana się zagoi, ale zostanie blizna. Wstyd minie, ale czy wszyscy zapomną o momencie wstydu zawstydzonego? Nie drgnie żaden nerw na widok znienawidzonej twarzy...nie drgnie, bo już go nie ma - czas utopił go w słonej wodzie.
Płynie i to jest dobre. Dobre? Ale co to za smak? Uniwersalny? Komu smakuje upływ słodko-gorzkiego czasu? Smakuje każdemu. Jak czekolada. Jedni wolą gorzką, inni mleczną...jeszcze inni białą...biała czekolada? Co to za antagonizm? Taki, jak stojący w miejscu czas... Póki płynie jest orzeźwiającą, przejrzystą, życiodajną i normującą siłą. Jeśli się zatrzyma, zamieni się w głębokie bagno.
Jest wybawcą w beznadziei. Kiedy wszystko podchodzi do gardła i żołądek już prawie wywraca się na druga stronę - wystarczy pomyśleć, że on ciągle pędzi, nie zatrzymuje się, wybiela czarne chwile w życiorysie. Wybiela, sprawia, że stają się nieważne, blade, przezroczyste.
A kiedy płoniesz ze wstydu? Zaciśnij zęby, pięści, zignoruj purpurę, która jak złośliwy wąż wypełzła w obfitej okazałości na policzki i pomyśl, że za minutę, może za dwie albo trzy to wszystko minie. Wstyd minie razem z chwilą, w której się pojawił.
Czas pędzi, pojawia się i znika jednocześnie; w tym samym momencie jest i go nie ma. Nie można określić ani momentu, w którym się pojawia, ani tego, w którym znika. Ulatnia się, zapomniany, błyskawicznie mordowany. Ale czas jest przebiegły, sprytny. Jest złośliwy, spragniony pomnika wieczności. Nie chce zostać do końca zapomniany. Rana się zagoi, ale zostanie blizna. Wstyd minie, ale czy wszyscy zapomną o momencie wstydu zawstydzonego? Nie drgnie żaden nerw na widok znienawidzonej twarzy...nie drgnie, bo już go nie ma - czas utopił go w słonej wodzie.
Płynie i to jest dobre. Dobre? Ale co to za smak? Uniwersalny? Komu smakuje upływ słodko-gorzkiego czasu? Smakuje każdemu. Jak czekolada. Jedni wolą gorzką, inni mleczną...jeszcze inni białą...biała czekolada? Co to za antagonizm? Taki, jak stojący w miejscu czas... Póki płynie jest orzeźwiającą, przejrzystą, życiodajną i normującą siłą. Jeśli się zatrzyma, zamieni się w głębokie bagno.
niedziela, 26 kwietnia 2009
Sax & sex
Jeśli Wiosna była głosem wieczoru, a DJ kręgosłupem, to Saksofon na pewno był sercem.
Żaden inny dźwięk nie przyprawia o takie drżenie i kołatanie serca, jak dźwięk dobrze granego saksofonu. To jak niekonwencjonalna, niespotykana nigdzie indziej erotyka; uwodzenie mocne i subtelne jednocześnie.
Trudno opisać muzykę...jeśli można w ogóle opisać dźwięk saksofonu, to smakuje jak ukochane, świeże, niepowtarzalne w smaku pierwsze truskawki; pachnie metalicznie, odrobinę jak wino albo szampan. Przybliż nos do dźwięku saksofonowego kieliszka, a poczujesz jak drobne bąbelki delikatnie łaskoczą w nos. Przechylasz kieliszek i pierwsze co czujesz, to mocny smak alkoholu, z którego wyłania się cały aromatyczny bukiet. Nagle ciepło. Potem każda nuta smaku dotyka innego zmysłu. To właśnie cały On - saksofon. Wprawia w stan gotowości każdy mięsień i każdą komórkę. Jest najlepszy na chandrę i najlepiej koi ból.
Pulsujące dźwięki rozkołyszą każde - nawet najbardziej oporne - ciało. To jest energia,którą kawałek wygiętego metalu wyrzuca z impetem, siłą. Podobnie wulkan wypluwa lawę. Muzyka gorąca jak lawa, orzeźwiająca jak lodowaty szampan z truskawkami. Żaden inny instrument nie ma takiego daru kołysania emocjami. Koi łagodnymi nutami, kiedy do oczu cisną się łzy i pompuje gigantyczną dawkę energii w ciało, które nie ma siły do działania.
Dwie największe fascynacje - pisanie i saksofon. Jedna z nich realizowana małymi, ale dającymi dużo satysfakcji kroczkami. Druga jest marzeniem, które kiedyś zostanie spełnione. Kiedyś na pewno. Są rzeczy kóre się po prostu wie. Ja wiem, że w końcu przyłożę usta do saksofonu i wyćwiczonymi palcami prześlizgnę po smukłym metalu. Czy pisanie mi wtedy wybaczy? Bo czy można równie mocno kochać dwoma miłościami żadnej nie zdradzając?
PS:
WIOSNA/wokal: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewprofile&friendid=280260618
KRZYSZTOF SANDECKI/saksofon: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewProfile&friendID=368618121
Żaden inny dźwięk nie przyprawia o takie drżenie i kołatanie serca, jak dźwięk dobrze granego saksofonu. To jak niekonwencjonalna, niespotykana nigdzie indziej erotyka; uwodzenie mocne i subtelne jednocześnie.
Trudno opisać muzykę...jeśli można w ogóle opisać dźwięk saksofonu, to smakuje jak ukochane, świeże, niepowtarzalne w smaku pierwsze truskawki; pachnie metalicznie, odrobinę jak wino albo szampan. Przybliż nos do dźwięku saksofonowego kieliszka, a poczujesz jak drobne bąbelki delikatnie łaskoczą w nos. Przechylasz kieliszek i pierwsze co czujesz, to mocny smak alkoholu, z którego wyłania się cały aromatyczny bukiet. Nagle ciepło. Potem każda nuta smaku dotyka innego zmysłu. To właśnie cały On - saksofon. Wprawia w stan gotowości każdy mięsień i każdą komórkę. Jest najlepszy na chandrę i najlepiej koi ból.
Pulsujące dźwięki rozkołyszą każde - nawet najbardziej oporne - ciało. To jest energia,którą kawałek wygiętego metalu wyrzuca z impetem, siłą. Podobnie wulkan wypluwa lawę. Muzyka gorąca jak lawa, orzeźwiająca jak lodowaty szampan z truskawkami. Żaden inny instrument nie ma takiego daru kołysania emocjami. Koi łagodnymi nutami, kiedy do oczu cisną się łzy i pompuje gigantyczną dawkę energii w ciało, które nie ma siły do działania.
Dwie największe fascynacje - pisanie i saksofon. Jedna z nich realizowana małymi, ale dającymi dużo satysfakcji kroczkami. Druga jest marzeniem, które kiedyś zostanie spełnione. Kiedyś na pewno. Są rzeczy kóre się po prostu wie. Ja wiem, że w końcu przyłożę usta do saksofonu i wyćwiczonymi palcami prześlizgnę po smukłym metalu. Czy pisanie mi wtedy wybaczy? Bo czy można równie mocno kochać dwoma miłościami żadnej nie zdradzając?
PS:
WIOSNA/wokal: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewprofile&friendid=280260618
KRZYSZTOF SANDECKI/saksofon: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewProfile&friendID=368618121
środa, 22 kwietnia 2009
Inwestycja na kocią łapę
Nic nadzwyczajnego. Po prostu nie marzy mi się i tyle. Nie chcę ani białej, ani ecru, ani w kolorze kości słoniowej ani bladego różu. Nie marze o orkiestrze, setce gości, welonie itp. Nigdy wcześniej nie marzyłam i do tej pory tak mi zostało. Niby nie warto używać słowa "nigdy", bo może nigdy nie dojść do skutku :), ale ja w kościach to czuję, że ślub - nigdy! Nie ja. Dzieciom nie mówię "nigdy" bo wiadomo - na hormony nie ma mocnych. Ale pragnienie stanięcia na ślubnym kobiercu mnie nie prześladuje.
Ha! Po pierwsze to trzeba mieć z kim ;) Ale nie w tym rzecz. Nawet jeśli taki odważny by się znalazł i nawet jeśli miałabym do niego ogromną słabość, to byłabym nieszczęśliwa, gdybym musiała rozważać kwestię oddania własnej ręki. No bo jak? To on miałby mieć 3, a ja tylko jedną? Już samo to nie bardzo mi się podoba. No i ten nieszczęsny kwitek, który jednak podpisać trzeba. Kolejna papierkowa robota. Jakby w życiu codziennym mało było biurokracji!
Kolejna rzecz: nazwisko. Z jakiej racji miałabym rezygnować ze swojego, skoro zupełnie nieźle do mnie pasuje? Całe swoje dotychczasowe życie byłam "M" i nagle miałabym się stać "X" "Y" albo "Z"? Można dwuczłonowe - zgoda. Jednak jak będę już podpisywała swoje zdjęcia fanom, to zajmie mi to caaaaałą wieczność ;) i zamiast kontynuowania niesamowitej, niespodziewanej kariery, spędzę ogrom czasu na smarowaniu długopisem po własnym wizerunku ;). Chyba, że on zechce dwuczłonowo; w to raczej wątpie. I w razie czego - biedne dzieci, w dzienniku szkolnym zawsze byłyby zapisywane inicjałami z braku miejsca w krótkich dziennikowych rubryczkach. Moje nazwisko to - podobnie jak moja ręka - część mnie. Nie pozbędę się dobrowolnie i bez sensu części siebie.
Może mentalnie zostałam gdzies tam w liceum, ale samo mówienie "Bo ja z mężem...bo mój mąż..." wydaje mi się takie...strasznie sztywne. Mówiąc coś podobnego czułabym się podwójnie źle: źle jako sztywniak i źle jako starszak. A mi jest dobrze mieć "chłopaka" (fakt - brzmi infantylnie i dziwnie - zwłaszcza jeśli "chłopak" ma np. 30 lat :) - wciąż jest jednak daleko z przodu przed "mężem") i być maluchem. [warto tu odnotować, że chwilowo kwestia mówienia o chłopaku "chłopak" nie spędza mi snu z powiek ;)]
Tak właśnie - zdecydowanie nie moja bajka. Jest w tym pewna rzecz, która szczególnie mnie zachwyca. Jeśli miałabym wziąć ślub i wyprawić wesele, to chciałabym takie z górnej półki. Zamierzam policzyć, ile taka impreza by mnie kosztowała i przeznaczyć w przyszłości na coś znacznie przyjemniejszego :). Interes życia ;)!
Ha! Po pierwsze to trzeba mieć z kim ;) Ale nie w tym rzecz. Nawet jeśli taki odważny by się znalazł i nawet jeśli miałabym do niego ogromną słabość, to byłabym nieszczęśliwa, gdybym musiała rozważać kwestię oddania własnej ręki. No bo jak? To on miałby mieć 3, a ja tylko jedną? Już samo to nie bardzo mi się podoba. No i ten nieszczęsny kwitek, który jednak podpisać trzeba. Kolejna papierkowa robota. Jakby w życiu codziennym mało było biurokracji!
Kolejna rzecz: nazwisko. Z jakiej racji miałabym rezygnować ze swojego, skoro zupełnie nieźle do mnie pasuje? Całe swoje dotychczasowe życie byłam "M" i nagle miałabym się stać "X" "Y" albo "Z"? Można dwuczłonowe - zgoda. Jednak jak będę już podpisywała swoje zdjęcia fanom, to zajmie mi to caaaaałą wieczność ;) i zamiast kontynuowania niesamowitej, niespodziewanej kariery, spędzę ogrom czasu na smarowaniu długopisem po własnym wizerunku ;). Chyba, że on zechce dwuczłonowo; w to raczej wątpie. I w razie czego - biedne dzieci, w dzienniku szkolnym zawsze byłyby zapisywane inicjałami z braku miejsca w krótkich dziennikowych rubryczkach. Moje nazwisko to - podobnie jak moja ręka - część mnie. Nie pozbędę się dobrowolnie i bez sensu części siebie.
Może mentalnie zostałam gdzies tam w liceum, ale samo mówienie "Bo ja z mężem...bo mój mąż..." wydaje mi się takie...strasznie sztywne. Mówiąc coś podobnego czułabym się podwójnie źle: źle jako sztywniak i źle jako starszak. A mi jest dobrze mieć "chłopaka" (fakt - brzmi infantylnie i dziwnie - zwłaszcza jeśli "chłopak" ma np. 30 lat :) - wciąż jest jednak daleko z przodu przed "mężem") i być maluchem. [warto tu odnotować, że chwilowo kwestia mówienia o chłopaku "chłopak" nie spędza mi snu z powiek ;)]
Tak właśnie - zdecydowanie nie moja bajka. Jest w tym pewna rzecz, która szczególnie mnie zachwyca. Jeśli miałabym wziąć ślub i wyprawić wesele, to chciałabym takie z górnej półki. Zamierzam policzyć, ile taka impreza by mnie kosztowała i przeznaczyć w przyszłości na coś znacznie przyjemniejszego :). Interes życia ;)!
Znalezione
Tu jestem. No gdzie patrzysz!? Tutaj przecież! Spójrz trochę w prawo, nie tak daleko, wróć, jeszcze trochę...o! już prawie...jeszcze odrobinę. Widzisz? Nie? No co ty!? Nie żartuj! Ta brunetka. Oj skąd mogę wiedzieć, czy ta ładna. Ta sympatyczna. No uśmiecham się przecież - spójrz dokładnie. No szczerze się jak wariatka, a ty że niby nie widzisz? Nie - nie w sukience w kwiatki. W bluzeczce w groszki też nie. Ta w trampkach. I spodniach i t-shircie. Tak - brunetka. Ta w długich. Widzisz już? No jak mam sprecyzować?! Nos mam trochę krzywy. Oczy takie wiesz...cielęce trochę. Bez grzywki. Pieprzyk pod prawym okiem. Pod moim prawym geniuszu! Pucołowata? No wiesz, wypraszam sobie. Sam jesteś Księżyc w Pełni! Że co widać? Ze lubię słodycze? No lubię. I co z tego? Psy też lubię...w sumie to je uwielbiam. Tak - na prawym. Bo zawsze nosiłam na prawym. Na lewym nadgarstku nie umiałabym; odruchowo spoglądam na prawy. Nie, nie jestem mańkutem. Trochę przeszkadza jak piszę, ale zegarek musi być - bez niego jak bez ręki. Cóż mam ci powiedzieć? Lubię szerokie portki i już! Może i nie kobiece, ale wygodne. Mrużę bo jestem krótkowidzem. No mam, ale nie mogę się przyzwyczaić do noszenia.
Tak -są krzywe. Spostrzegawczy jesteś ;) Po tacie- też miał krzywe jak był mały. Ale jemu się wyprostowały, a mi nie i teraz raczej nie złączę kolan ;). No chyba juz widzisz? Świetnie! Tak - tu pod sklepem z pączkami. Macham do ciebie! No to się odnaleźliśmy :)
Tak -są krzywe. Spostrzegawczy jesteś ;) Po tacie- też miał krzywe jak był mały. Ale jemu się wyprostowały, a mi nie i teraz raczej nie złączę kolan ;). No chyba juz widzisz? Świetnie! Tak - tu pod sklepem z pączkami. Macham do ciebie! No to się odnaleźliśmy :)
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Veni vidi veseli ...
...czyli Natalia M. na weselu. Nie cierpię. A w zasadzie cierpię - baaaardzo cierpię. Cierpię jak cholera, kiedy muszę pojawić się na jakimkolwiek spędzie rodzinnym. Wujki, ciotki, pociotki. Życzenia składane parze młodej (co im powiedzieć? no co im powiedzieć?!) i zimny rosół, a w nim makaron, z którym walczysz, żeby jakoś go zjeść, żeby nie ześlizgnął się z łyżki i nie ochlapał wyprasowanej wzorowo kreacji.
Po rosole mięcho, góry mięcha! Do tego miski z kartofelkami opruszonymi koperkiem (który potem można pięknie wyeksponować na miejscu honorowym między górnymi jedynkami). Surówki podlane litrami śmietanki i majonezu. Rarytasik. Obiad przeskoczyłam i cierpliwie czekałam na kawę. Jest i kawa! No - prawie. Najpierw cukierniczki. Po nich tace z ciastem (obawiałam się, że deser też może być z mięsem). W końcu napój bogów - aromatyczna kawa w malutkich filiżaneczkach(ja lubię w litrowym kubku lub - z braku litrowego kubka - w słoiku ;p). Mleko do kawy pojawiło się jakieś 20 minut później więc kawę (pierwszą) wypiłam czarną. Ale kawa była bez mięsa - to wielki plus!
Kiedy wyczyściłam ciastowe tace z sernika, pozostało mi przypatrywanie się zabawie. Nie pouczestniczyłam z własnego wyboru (i z braku innego niż wódka rozweselacza/rozluźniacza). Lekkie haleczki, lekkie buciki i lekkie oczka w rajstopach pląsały na parkiecie. Między nimi ukrawaceni kawalerowie. Byle do oczepin.
Nie rozumiem, dlaczego dorosłym i zupełnie normalnym wydawałoby się ludziom, frajdę sprawiają hamskie przyśpiewki typu: "Młody to jest gapa, młody to jest gapa, nie wie, gdzie u żony japa"... Po czym zachęcony młodzieniec udowadnia, że jednak wie i do rytmicznego "Gorzko gorzko" obezwładnia swoją lubą wpijając się w jej twarz ("U nas nad Bałtykiem, u nas nad Bałtykiem całujemy się z językiem").
Podczas obowiązkowej zabawy w pociąg (zwanej przez niektórych wężykiem) opuściłam cichaczem pomieszczenie i na wywołującym spazmatyczne dreszcze chłodzie zapaliłam jedynego tego wieczoru papierosa (chociaż wieczór wymagałby dwóch paczek).
Północ. Oczepiny. Ufff. Potem będzie już można legalnie i wytłumaczalnie do domu. Życzliwa rodzina wypchnęła mnie do łapania welonu. Broniłam się rękami i nogami, ale głośne zachęty z każdej strony nie pozostawiły mi wyboru. Poszłam więc i jako jedyna w ciężkich spodniach chwyciłam lekkie panienki za lekkie rączki i zatoczyłam z nimi lekkie kółeczko.
Pasowalam tam jak pięść do oka. Po 1.: nie chciałam łapać świeżo odczepionej od głowy panny młodej koronki, bo to mój wybór, żem panna (singielka znaczy się) i basta! Żadne babcie ani inne ciocie nie będą za mnie decydowały czy chcę, czy nie chcę łapać cholernego welonu! Ja nie chciałam do jasnej anielki! Po 2.: po to ubrałam spodnie, koszulę i ciężkie buciory, żeby mnie nikt do tańców-hulańców nie wyrywał, żeby każdy samiec czuł się onieśmielony i absolutnie znięchęcony moją męską tego wieczoru kreacją. Po 3.: nic na to nie poradzę - taka już moja natura - że tańce w kółeczku mi nie odpowiadają, są wbrew mojej naturze; czuję się głupio, ba!, idiotycznie się czuję! Dystans do siebie mam ale za rączkę w kółeczku nie lubiłam tańczyć już w przedszkolu. Kółeczkom mówię stanowcze NIE!
Welonu nie złapałam - całe szczęście - i dalsza żenada mnie ominęła.
Około 2 w nocy zostawiłam za sobą kolorowe balony, serpentyny, półmiski z zimnym mięsem i schaby w galarecie. Puściłam w niepamięć słyszany tego wieczoru setki razy hymn "Bo wesele jest od tego żeby bawić się na całego". Kierunek dom. Przede mną własne łóżko, lodówka, w której znajdę bezmięsne pyszności i książka do poduchy.
Zamykając oczy pomyślałam, że i tak było warto. Dla samego widoku tańczących w kółeczku, trzymających się za ręce panów ;)
Po rosole mięcho, góry mięcha! Do tego miski z kartofelkami opruszonymi koperkiem (który potem można pięknie wyeksponować na miejscu honorowym między górnymi jedynkami). Surówki podlane litrami śmietanki i majonezu. Rarytasik. Obiad przeskoczyłam i cierpliwie czekałam na kawę. Jest i kawa! No - prawie. Najpierw cukierniczki. Po nich tace z ciastem (obawiałam się, że deser też może być z mięsem). W końcu napój bogów - aromatyczna kawa w malutkich filiżaneczkach(ja lubię w litrowym kubku lub - z braku litrowego kubka - w słoiku ;p). Mleko do kawy pojawiło się jakieś 20 minut później więc kawę (pierwszą) wypiłam czarną. Ale kawa była bez mięsa - to wielki plus!
Kiedy wyczyściłam ciastowe tace z sernika, pozostało mi przypatrywanie się zabawie. Nie pouczestniczyłam z własnego wyboru (i z braku innego niż wódka rozweselacza/rozluźniacza). Lekkie haleczki, lekkie buciki i lekkie oczka w rajstopach pląsały na parkiecie. Między nimi ukrawaceni kawalerowie. Byle do oczepin.
Nie rozumiem, dlaczego dorosłym i zupełnie normalnym wydawałoby się ludziom, frajdę sprawiają hamskie przyśpiewki typu: "Młody to jest gapa, młody to jest gapa, nie wie, gdzie u żony japa"... Po czym zachęcony młodzieniec udowadnia, że jednak wie i do rytmicznego "Gorzko gorzko" obezwładnia swoją lubą wpijając się w jej twarz ("U nas nad Bałtykiem, u nas nad Bałtykiem całujemy się z językiem").
Podczas obowiązkowej zabawy w pociąg (zwanej przez niektórych wężykiem) opuściłam cichaczem pomieszczenie i na wywołującym spazmatyczne dreszcze chłodzie zapaliłam jedynego tego wieczoru papierosa (chociaż wieczór wymagałby dwóch paczek).
Północ. Oczepiny. Ufff. Potem będzie już można legalnie i wytłumaczalnie do domu. Życzliwa rodzina wypchnęła mnie do łapania welonu. Broniłam się rękami i nogami, ale głośne zachęty z każdej strony nie pozostawiły mi wyboru. Poszłam więc i jako jedyna w ciężkich spodniach chwyciłam lekkie panienki za lekkie rączki i zatoczyłam z nimi lekkie kółeczko.
Pasowalam tam jak pięść do oka. Po 1.: nie chciałam łapać świeżo odczepionej od głowy panny młodej koronki, bo to mój wybór, żem panna (singielka znaczy się) i basta! Żadne babcie ani inne ciocie nie będą za mnie decydowały czy chcę, czy nie chcę łapać cholernego welonu! Ja nie chciałam do jasnej anielki! Po 2.: po to ubrałam spodnie, koszulę i ciężkie buciory, żeby mnie nikt do tańców-hulańców nie wyrywał, żeby każdy samiec czuł się onieśmielony i absolutnie znięchęcony moją męską tego wieczoru kreacją. Po 3.: nic na to nie poradzę - taka już moja natura - że tańce w kółeczku mi nie odpowiadają, są wbrew mojej naturze; czuję się głupio, ba!, idiotycznie się czuję! Dystans do siebie mam ale za rączkę w kółeczku nie lubiłam tańczyć już w przedszkolu. Kółeczkom mówię stanowcze NIE!
Welonu nie złapałam - całe szczęście - i dalsza żenada mnie ominęła.
Około 2 w nocy zostawiłam za sobą kolorowe balony, serpentyny, półmiski z zimnym mięsem i schaby w galarecie. Puściłam w niepamięć słyszany tego wieczoru setki razy hymn "Bo wesele jest od tego żeby bawić się na całego". Kierunek dom. Przede mną własne łóżko, lodówka, w której znajdę bezmięsne pyszności i książka do poduchy.
Zamykając oczy pomyślałam, że i tak było warto. Dla samego widoku tańczących w kółeczku, trzymających się za ręce panów ;)
środa, 15 kwietnia 2009
Mała rzecz...
...a cieszy. Tzn. na pewno by mnie ucieszyła. Ale nie ucieszyła, bo mi się nie dostało. Pierścionka mianowicie. Nie - wcale nie zaręczynowy, ani ślubna obrączka ani nic z tych rzeczy. Po prostu - pierścionek w prezencie. Taki, na który rzuca się okiem i wiadomo, od kogo to prezent i dlaczego i z jakiej okazji albo bez jakiej okazji ;)
Jeden kiedyś dostałam - daaaaawno temu - na komunię. Był mały, złoty, z perełką. Perełka chyba wypadła. I jeszcze jeden na komunię był. Taki z wzorkiem. I już za mały jest i nie wiadomo gdzie jest. Śliczne takie - śliczne pierścionki dla komunijnej dziewczynki. Słodycz.
Potem była obrączka. Srebrna, gładka, noszona na kciuku jakieś osiem lat. Bez przerwy. Zrosła się z dłonią. Bez niej jak bez ręki. Sama kupiłam - 15 polskich złotych. Oddałam Komuś na szczęście - taki ochronny talizman. Nie żałuję. Dłoń się przyzwyczaiła, ja też. W zasadzie odzwyczaiłam się. I dobrze. Ponoć przyzwyczajenie rzecz niedobra, bo kiedy przychodzi się odzwyczaić, to serducho boli. Poza tym - przyzwyczajenie często wypiera fascynację, zauroczenie, zakochanie, kochanie, etc.
Od przyzwyczajenia wolę kochanie. Przyzwyczajenie niesie ze sobą zapomnienie. Zapomina się, że ta obrączka na tym palcu faktycznie jest. Zapomina się też, za co (w zasadzie mimo co)się kocha. I czemu ten ktoś właściwie śpi obok? Bo oboje tak sie przyzyczaili?
Odbiegłam. Pierścionek. Właśnie. Dlaczego kojarzy się często (za często!!!) z wyznaniem uczuć
p r z e o g r o m n y c h ? Dlaczego łańcuszek, kolczyki, bransoletka itd. nie są deklaracją, a pierścionek jest? Bo zaręczynowy, bo obrączka = ślub itd.? I co z tego? Przecież można tak po prostu: bo jesteś serdeczną mi osobą, bo ten pierścionek od razu skojarzył mi się z Tobą, bo będzie Ci pasował do tej niebieskiej sukienki, bo masz zgrabne palce, bo był przeceniony (;-D),bo nigdy nie dałam/łem Ci pierścionka.
I wcale nie trzeba nosić go codziennie. Jest biżuterią - to wszystko. I można go odłożyć do pudełka ze świecidełkami tak samo, jak zielone drewnianie korale od babci.
Moje dorosłe życie nie otrzymało jeszcze pierścionka. Ale to nic. "Że nie dałeś mi szczęścia, pierścionka ani psa - nie żałuję". Mam psa. Mam szczęście. Pierścionka nie mam. Ale nie żałuję. :)
Jeden kiedyś dostałam - daaaaawno temu - na komunię. Był mały, złoty, z perełką. Perełka chyba wypadła. I jeszcze jeden na komunię był. Taki z wzorkiem. I już za mały jest i nie wiadomo gdzie jest. Śliczne takie - śliczne pierścionki dla komunijnej dziewczynki. Słodycz.
Potem była obrączka. Srebrna, gładka, noszona na kciuku jakieś osiem lat. Bez przerwy. Zrosła się z dłonią. Bez niej jak bez ręki. Sama kupiłam - 15 polskich złotych. Oddałam Komuś na szczęście - taki ochronny talizman. Nie żałuję. Dłoń się przyzwyczaiła, ja też. W zasadzie odzwyczaiłam się. I dobrze. Ponoć przyzwyczajenie rzecz niedobra, bo kiedy przychodzi się odzwyczaić, to serducho boli. Poza tym - przyzwyczajenie często wypiera fascynację, zauroczenie, zakochanie, kochanie, etc.
Od przyzwyczajenia wolę kochanie. Przyzwyczajenie niesie ze sobą zapomnienie. Zapomina się, że ta obrączka na tym palcu faktycznie jest. Zapomina się też, za co (w zasadzie mimo co)się kocha. I czemu ten ktoś właściwie śpi obok? Bo oboje tak sie przyzyczaili?
Odbiegłam. Pierścionek. Właśnie. Dlaczego kojarzy się często (za często!!!) z wyznaniem uczuć
p r z e o g r o m n y c h ? Dlaczego łańcuszek, kolczyki, bransoletka itd. nie są deklaracją, a pierścionek jest? Bo zaręczynowy, bo obrączka = ślub itd.? I co z tego? Przecież można tak po prostu: bo jesteś serdeczną mi osobą, bo ten pierścionek od razu skojarzył mi się z Tobą, bo będzie Ci pasował do tej niebieskiej sukienki, bo masz zgrabne palce, bo był przeceniony (;-D),bo nigdy nie dałam/łem Ci pierścionka.
I wcale nie trzeba nosić go codziennie. Jest biżuterią - to wszystko. I można go odłożyć do pudełka ze świecidełkami tak samo, jak zielone drewnianie korale od babci.
Moje dorosłe życie nie otrzymało jeszcze pierścionka. Ale to nic. "Że nie dałeś mi szczęścia, pierścionka ani psa - nie żałuję". Mam psa. Mam szczęście. Pierścionka nie mam. Ale nie żałuję. :)
wtorek, 7 kwietnia 2009
Z-My-Słowo
Są takie rzeczy, odczucia, stany widoki, smaki, które zawsze wprowadzają w stan szczególnego, przyjemnego otępienia, a jednocześnie doprowadzają zmysły do skrajnej percepcji. Dają poczucie nienaturalnej trzeźwości, kreują czwarty wymiar.
Pierwsze truskawki. Chropowata powierzchia - każde zielone nasionko na czerwonej skórce wyczuwalne pod opuszkami palców. Dodatkowo piasek i zielone, matowe listki. Smak rozchodzi się na języku; w pierwszych sekundach kwaśne nuty pod językiem i na jego brzegu, ślina napływa do ust. I nagle delikatne lato pod podniebieniem. Świeży, słoneczny, wczesny letni poranek przed oczami. Nos wychwytuje aromat. W głowie czerwono-zielone kulki. Miękki miąższ rozpływa się na języku; nie trzeba gryźć - wystarczy rozgnieść językiem o podniebienie. Delikatny, lekko wodnisty sok spływa do gardła.
Schodzisz z plaży. Włoski na rękach wyraźnie jaśniejsze, spalone słońcem. Dłonie ciemne, paznokcie jasne. Gdzieniegdzie przyklejone małe kolonie złotego piasku. Słońce męczy, ciało jest cięzkie, ale szczęśliwe.
Zdejmujesz ubrania, wchodzisz pod prysznic. Chłodna woda opłukuje rozgrzaną skórę, zmywa resztki piaszczystego wybrzeza. Ciało szybko wysycha. Zimny, biały balsam maluje na ciemnym tle abstrakcyjne wzory. Odpoczywasz. Patrzysz w lustro: bielsze niz zwykle zęby, dłonie; oczy błyszczą. Na granicy czoła drobny meszek przybrał kolor bardzo jasnego blondu. Bierzesz do ręki chłodną koszulę, zakładasz na ramiona, zapinasz guziki. Biała koszula na opalonym, nawilżonym, aksamitnym ciele.
Jest tylko jeden taki zapach na świecie. Na skroniach i na karku. Każdy go zna i każdy ma swój ukochany. Taki, przy którym zamykasz oczy i widzisz obrazy podpisane szczęściem lub łzami. Chwile pachnące Osobą. Przysuwasz nos do skroni i wiesz, ze jesteś w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i z odpowiednim Człowiekiem. Bądź tez budzisz się w nocy, szukach ukochanych pleców, dłonią odnajdujesz drogę do szyi, przysuwasz twarz do rozgrzanego karku i zasypiasz w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa.
Tak pachnie Mama, Dziecko, On, Ona...
Nikt nie będzie cieszył się bardziej bezinteresownie niz on. Otwierasz drzwi i juz słyszysz znajome skrzypienie wikliny. Tupot łap. Zza rogu wyłania się mokry nos, zaspane oczy. Ogon kręci się jak młynek. Owijasz aksamitne ucho wokół palca - najpierw jedno, potem drugie. Przesuwasz dłoń po przesiąknietej lasem i błotem sierści. Radosne włochate ciało klei się do nóg, przymyka oczy z radości. Rózowy język wita się z dłonią. Radość absolutna.
Pierwsze truskawki. Chropowata powierzchia - każde zielone nasionko na czerwonej skórce wyczuwalne pod opuszkami palców. Dodatkowo piasek i zielone, matowe listki. Smak rozchodzi się na języku; w pierwszych sekundach kwaśne nuty pod językiem i na jego brzegu, ślina napływa do ust. I nagle delikatne lato pod podniebieniem. Świeży, słoneczny, wczesny letni poranek przed oczami. Nos wychwytuje aromat. W głowie czerwono-zielone kulki. Miękki miąższ rozpływa się na języku; nie trzeba gryźć - wystarczy rozgnieść językiem o podniebienie. Delikatny, lekko wodnisty sok spływa do gardła.
Schodzisz z plaży. Włoski na rękach wyraźnie jaśniejsze, spalone słońcem. Dłonie ciemne, paznokcie jasne. Gdzieniegdzie przyklejone małe kolonie złotego piasku. Słońce męczy, ciało jest cięzkie, ale szczęśliwe.
Zdejmujesz ubrania, wchodzisz pod prysznic. Chłodna woda opłukuje rozgrzaną skórę, zmywa resztki piaszczystego wybrzeza. Ciało szybko wysycha. Zimny, biały balsam maluje na ciemnym tle abstrakcyjne wzory. Odpoczywasz. Patrzysz w lustro: bielsze niz zwykle zęby, dłonie; oczy błyszczą. Na granicy czoła drobny meszek przybrał kolor bardzo jasnego blondu. Bierzesz do ręki chłodną koszulę, zakładasz na ramiona, zapinasz guziki. Biała koszula na opalonym, nawilżonym, aksamitnym ciele.
Jest tylko jeden taki zapach na świecie. Na skroniach i na karku. Każdy go zna i każdy ma swój ukochany. Taki, przy którym zamykasz oczy i widzisz obrazy podpisane szczęściem lub łzami. Chwile pachnące Osobą. Przysuwasz nos do skroni i wiesz, ze jesteś w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i z odpowiednim Człowiekiem. Bądź tez budzisz się w nocy, szukach ukochanych pleców, dłonią odnajdujesz drogę do szyi, przysuwasz twarz do rozgrzanego karku i zasypiasz w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa.
Tak pachnie Mama, Dziecko, On, Ona...
Nikt nie będzie cieszył się bardziej bezinteresownie niz on. Otwierasz drzwi i juz słyszysz znajome skrzypienie wikliny. Tupot łap. Zza rogu wyłania się mokry nos, zaspane oczy. Ogon kręci się jak młynek. Owijasz aksamitne ucho wokół palca - najpierw jedno, potem drugie. Przesuwasz dłoń po przesiąknietej lasem i błotem sierści. Radosne włochate ciało klei się do nóg, przymyka oczy z radości. Rózowy język wita się z dłonią. Radość absolutna.
Smak - Smak ;)
Tak - istnieje ten niezwykle oryginalny egzemplarz człowieka, który budzi Cię kawą i popcornem :). Otwierasz oczy, udajesz się w stronę łazienki, zeby zacząć dzień (godz. 13:40) jak przeciętny obywatel, a tu kukurydza strzela w garnku, a on pyta z uśmiechem: "Pijesz z cukrem?" Mówisz, że tylko z mlekiem i przeciągasz się leniwie, skubiesz trochę prażonych ziarenek. "Wkładaj buty - idziemy po chleb, zjemy normalne śniadanie" - komunikuje Współspacz. Pokornie więc wciągam zimowe buty na grube skarpety (w nocy marzną mi stopy), wkładam kurtkę na pidżamę, ściągam włosy w coś, co trudno nazwać fryzurą i maskuję niewyspanie ogromnymi okularami. Jeszcze klucze, portfel, zapalniczka - jestem gotowa do drogi. Sklep za rogiem dzisiaj nie zachwyca asortymentem. Nie ma ani szczypiorku, ani koperku, ani niczego, co akurat przychodzi nam do głowy. "Wiesz, jesteśmy już tak blisko - chodźmy do supermarketu" - mówi On i chcąc mnie przekonać do wycieczki po zakupy opowiada, jak to kiedyś poszedł w poplamionym dresie. Mruczę coś tam, że przecież jestem w pidżamie, po czym kierujemy się do marketu.
Słońce świeci jak w środku wakacji, kurtka nieco mi ciąży. Gorąco. Czas na zakupy: szczypiorek, koperek, ziemniaki (młode - mniam), dwie cebule, włoszczyzna, brokuły (będzie zupa), zielony groszek, kapusta kiszona, chleb cebulowy (pycha!), dwa rogaliki z czekoladą (większa pycha!), ślamanka (w oryginale maślanka), śmietanka do zupy.
Na śniadanie jest więc kawa z mlekiem (zimna, bo zakupy się przeciągnęły), jajko na twardo, chleb cebulowy, popcorn. Pół godzinki dla słoninki, a potem obiadek: młode ziemniaki z koperkiem, jajko sadzone, kapusta kiszona podsmażona z cebulką, ślamanka z koperkiem i szczypiorkiem (petarda!). Konsumujemy, zachwycamy się, zagryzamy prażoną kukurydzą.
Papierosek. Słonko grzeje. Piwo z colą i cytryną. Bob Marley śpiewa. Dzień jak marzenie!!! ;)
Słońce świeci jak w środku wakacji, kurtka nieco mi ciąży. Gorąco. Czas na zakupy: szczypiorek, koperek, ziemniaki (młode - mniam), dwie cebule, włoszczyzna, brokuły (będzie zupa), zielony groszek, kapusta kiszona, chleb cebulowy (pycha!), dwa rogaliki z czekoladą (większa pycha!), ślamanka (w oryginale maślanka), śmietanka do zupy.
Na śniadanie jest więc kawa z mlekiem (zimna, bo zakupy się przeciągnęły), jajko na twardo, chleb cebulowy, popcorn. Pół godzinki dla słoninki, a potem obiadek: młode ziemniaki z koperkiem, jajko sadzone, kapusta kiszona podsmażona z cebulką, ślamanka z koperkiem i szczypiorkiem (petarda!). Konsumujemy, zachwycamy się, zagryzamy prażoną kukurydzą.
Papierosek. Słonko grzeje. Piwo z colą i cytryną. Bob Marley śpiewa. Dzień jak marzenie!!! ;)
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
Królowa
Ogromne dławiące "coś". Nie mozna ani wypluć, ani przełknąć. Siedzi gdzieś na wsokości gardła, sprawia wrażenie ściśniętego przełyku. Różnie mozna to nazwać. Dzisiaj jest rodzaju zeńskiego; ma na imię Samotność.
Jest najlepszym ze strażników, nikogo do ciebie nie dopuści. Egositycznie broni dostępu do tego, kogo uzna za "swojego". Kładzie się z tobą do łózka, oplata udami i ramionami i przytula z taką siłą, ze wyjesz z bólu. Dusi, nie pozawala oddychać. Choć jest przerazająco blisko, to nie daje ciepła. Jest zimniejsza niz lód, mroźniejsza niż najbardziej sroga zima. I cięzka. Siada na klatce piersiowej i nie mozna oddychać.
Kiedy raz poczujesz jej obecność, będzie wracała: czasem na krócej, to znów na dłużej. Niektórzy twierdzą, ze ją polubili, ze nauczyli się z nią zyć, ze daje Spokój, Wyciszenie.
Ja jednak twierdzę, ze jest jak tornado - sieje spustoszenie, zabiera wszystko. Ci, którzy chcą się jej pozbyć, nie mają łatwego zadania. Ona jest silnym przeciwnikiem. Nie oddaje walkowera, nie odchodzi sama. Trudno jest walczyć z nią w pojedynkę. Odizoluje cie od wszystkich, namiesza w głowie, zmusi do myślenia o sobie w samych negatywnych kategoriach. W końcu stwierdzisz, że nie walczysz z nią, tylko taka naprawdę przeciwko sobie. Ale tylko dlatego, ze ona szybko staje się częścią ciebie.
Samotność. Wredna, niepozorna suka, która "broni" cię przed innnymi, jak swoje szczenię. Warczy na wszystkich, którzy się do ciebie zbliżą, zeby odzyskać cię dla świata.
Zalize na śmierć, nakarmi sobą, az dostaniesz mdłości.
Zasypiasz z nią; z nią się budzisz. Na głęboki sen daje krople z łez, a potem kołysze do snu. Siada przy stole gdy jesz; zajmuje miejsce na kolanach, gdy podrózujesz. Do koszyka z zakupami wrzuca Ci jedną bułkę, jeden jogurt, jedno ciastko na deser i dwie butelki wina. Skutecznie blokuje telefon - nikt nie dzwoni. Wszędobylska, nie do zabicia, nie do przegnania. Samozwańcza królowa twojego życia.
Jest najlepszym ze strażników, nikogo do ciebie nie dopuści. Egositycznie broni dostępu do tego, kogo uzna za "swojego". Kładzie się z tobą do łózka, oplata udami i ramionami i przytula z taką siłą, ze wyjesz z bólu. Dusi, nie pozawala oddychać. Choć jest przerazająco blisko, to nie daje ciepła. Jest zimniejsza niz lód, mroźniejsza niż najbardziej sroga zima. I cięzka. Siada na klatce piersiowej i nie mozna oddychać.
Kiedy raz poczujesz jej obecność, będzie wracała: czasem na krócej, to znów na dłużej. Niektórzy twierdzą, ze ją polubili, ze nauczyli się z nią zyć, ze daje Spokój, Wyciszenie.
Ja jednak twierdzę, ze jest jak tornado - sieje spustoszenie, zabiera wszystko. Ci, którzy chcą się jej pozbyć, nie mają łatwego zadania. Ona jest silnym przeciwnikiem. Nie oddaje walkowera, nie odchodzi sama. Trudno jest walczyć z nią w pojedynkę. Odizoluje cie od wszystkich, namiesza w głowie, zmusi do myślenia o sobie w samych negatywnych kategoriach. W końcu stwierdzisz, że nie walczysz z nią, tylko taka naprawdę przeciwko sobie. Ale tylko dlatego, ze ona szybko staje się częścią ciebie.
Samotność. Wredna, niepozorna suka, która "broni" cię przed innnymi, jak swoje szczenię. Warczy na wszystkich, którzy się do ciebie zbliżą, zeby odzyskać cię dla świata.
Zalize na śmierć, nakarmi sobą, az dostaniesz mdłości.
Zasypiasz z nią; z nią się budzisz. Na głęboki sen daje krople z łez, a potem kołysze do snu. Siada przy stole gdy jesz; zajmuje miejsce na kolanach, gdy podrózujesz. Do koszyka z zakupami wrzuca Ci jedną bułkę, jeden jogurt, jedno ciastko na deser i dwie butelki wina. Skutecznie blokuje telefon - nikt nie dzwoni. Wszędobylska, nie do zabicia, nie do przegnania. Samozwańcza królowa twojego życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)