poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Veni vidi veseli ...

...czyli Natalia M. na weselu. Nie cierpię. A w zasadzie cierpię - baaaardzo cierpię. Cierpię jak cholera, kiedy muszę pojawić się na jakimkolwiek spędzie rodzinnym. Wujki, ciotki, pociotki. Życzenia składane parze młodej (co im powiedzieć? no co im powiedzieć?!) i zimny rosół, a w nim makaron, z którym walczysz, żeby jakoś go zjeść, żeby nie ześlizgnął się z łyżki i nie ochlapał wyprasowanej wzorowo kreacji.

Po rosole mięcho, góry mięcha! Do tego miski z kartofelkami opruszonymi koperkiem (który potem można pięknie wyeksponować na miejscu honorowym między górnymi jedynkami). Surówki podlane litrami śmietanki i majonezu. Rarytasik. Obiad przeskoczyłam i cierpliwie czekałam na kawę. Jest i kawa! No - prawie. Najpierw cukierniczki. Po nich tace z ciastem (obawiałam się, że deser też może być z mięsem). W końcu napój bogów - aromatyczna kawa w malutkich filiżaneczkach(ja lubię w litrowym kubku lub - z braku litrowego kubka - w słoiku ;p). Mleko do kawy pojawiło się jakieś 20 minut później więc kawę (pierwszą) wypiłam czarną. Ale kawa była bez mięsa - to wielki plus!

Kiedy wyczyściłam ciastowe tace z sernika, pozostało mi przypatrywanie się zabawie. Nie pouczestniczyłam z własnego wyboru (i z braku innego niż wódka rozweselacza/rozluźniacza). Lekkie haleczki, lekkie buciki i lekkie oczka w rajstopach pląsały na parkiecie. Między nimi ukrawaceni kawalerowie. Byle do oczepin.

Nie rozumiem, dlaczego dorosłym i zupełnie normalnym wydawałoby się ludziom, frajdę sprawiają hamskie przyśpiewki typu: "Młody to jest gapa, młody to jest gapa, nie wie, gdzie u żony japa"... Po czym zachęcony młodzieniec udowadnia, że jednak wie i do rytmicznego "Gorzko gorzko" obezwładnia swoją lubą wpijając się w jej twarz ("U nas nad Bałtykiem, u nas nad Bałtykiem całujemy się z językiem").

Podczas obowiązkowej zabawy w pociąg (zwanej przez niektórych wężykiem) opuściłam cichaczem pomieszczenie i na wywołującym spazmatyczne dreszcze chłodzie zapaliłam jedynego tego wieczoru papierosa (chociaż wieczór wymagałby dwóch paczek).

Północ. Oczepiny. Ufff. Potem będzie już można legalnie i wytłumaczalnie do domu. Życzliwa rodzina wypchnęła mnie do łapania welonu. Broniłam się rękami i nogami, ale głośne zachęty z każdej strony nie pozostawiły mi wyboru. Poszłam więc i jako jedyna w ciężkich spodniach chwyciłam lekkie panienki za lekkie rączki i zatoczyłam z nimi lekkie kółeczko.

Pasowalam tam jak pięść do oka. Po 1.: nie chciałam łapać świeżo odczepionej od głowy panny młodej koronki, bo to mój wybór, żem panna (singielka znaczy się) i basta! Żadne babcie ani inne ciocie nie będą za mnie decydowały czy chcę, czy nie chcę łapać cholernego welonu! Ja nie chciałam do jasnej anielki! Po 2.: po to ubrałam spodnie, koszulę i ciężkie buciory, żeby mnie nikt do tańców-hulańców nie wyrywał, żeby każdy samiec czuł się onieśmielony i absolutnie znięchęcony moją męską tego wieczoru kreacją. Po 3.: nic na to nie poradzę - taka już moja natura - że tańce w kółeczku mi nie odpowiadają, są wbrew mojej naturze; czuję się głupio, ba!, idiotycznie się czuję! Dystans do siebie mam ale za rączkę w kółeczku nie lubiłam tańczyć już w przedszkolu. Kółeczkom mówię stanowcze NIE!
Welonu nie złapałam - całe szczęście - i dalsza żenada mnie ominęła.

Około 2 w nocy zostawiłam za sobą kolorowe balony, serpentyny, półmiski z zimnym mięsem i schaby w galarecie. Puściłam w niepamięć słyszany tego wieczoru setki razy hymn "Bo wesele jest od tego żeby bawić się na całego". Kierunek dom. Przede mną własne łóżko, lodówka, w której znajdę bezmięsne pyszności i książka do poduchy.

Zamykając oczy pomyślałam, że i tak było warto. Dla samego widoku tańczących w kółeczku, trzymających się za ręce panów ;)

2 komentarze:

  1. -hasło "Młody to jest gapa, młody to jest gapa, nie wie, gdzie u żony japa...", obezwładnianie lubej wpijaniem się w jej twarz czy przyśpiewka "U nas nad Bałtykiem, u nas nad Bałtykiem całujemy się z językiem" mnie zwaliły z nóg. Nie jestem częstym bywalcem weselisk, nie do końca może rozumiem specyfikę procederu, ale te przaśnietoporne czastuszka są co najmniej wulgarne i żenujące. (szczególnie ta pierwsza - z podtekstem oralnym - lideruje ;D)
    Lębork to jednak miasto różnych ludzi ;]

    sokół

    OdpowiedzUsuń
  2. to nie w lęborku mój drogi :) ale myślę, że takie zjawiska mają miejsce i w lęborku, i w gdansku, i w warszawie, i w pcimiu ;) Polecam "Wesele" - polski film z 2000któregoś roku - to dopiero weselicho :) i ta rozwalająca Rota śpiewana pod koniec - trzeba zobaczyć!!!

    OdpowiedzUsuń

Opcja 'komentarze anonimowe' po co jest - każdy wie. Jeśli jednak komentarz będzie obraźliwy lub po prostu głupi (typu "ale to głupie")zostanie usunięty. Obraźliwy nie znaczy niezgodny z poglądami autorki ;)
Zachęcam do podpisywania się - będzie mi łatwiej odnosić się do komentarzy.