wtorek, 31 marca 2009

Wyszłam zadowolona...

... bo film był dobry, bo popcorn słony, a cola gazowana i zimna jak cholera. Bo film był sensacyjny, bo w tę sensację nikt nie wplótł na siłę romansu, a miejsce miałam na samej górze i wszystko świetnie widziałam.

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu - tak było kiedyś. A gdzie prowadzą teraz? Śmiem twierdzić, ze do Nowego Jorku (NY). To miasto, które wypada równie źle co fantastycznie. Juz wyjaśniam.

Jak wygląda na ekranie - małym i duzym - na zdjęciach, w ksiązkach, komiksach - wiedziałam do wakacji sprzed prawie dwóch lat (czas pędzi!). Duzo wtedy rozmyślałam o tym nieziemsko magnetycznym tyglu. I dziś w trakcie seansu, na którym NY pojawił się po raz kolejny (choć nieco fragmentarycznie), miasto do mnie wróciło i zaczęło namawiać do powrotu.

Manhattan, sobota, godz. 2:00 w nocy. Smród. Okropny, wszędobylski smród spalonej kapusty i śmieci. Wilgoć w powietrzu. Środek nocy, na ulicy pełno kolorowych, róznorozmiarowych ludzi. Ciemni, zółci, ogromni, mali, starzy... wszyscy głośni, rzucający się w oczy. Taksówki (słynne zółte taksówki!!!) trąbią ile wlezie, zaczepiają potencjalnych pasazerów. Wszystko daje podwójnego kopa zmysłom; wszystko pachnie, smakuje i wygląda bardziej i więcej. Ludzie pijani, ludzie trzeźwi, ludzie zebrzący, ludzie jedzący, ludzie ludzie ludzie...

Co kilka kroków wózki-budy z jedzeniem: hot-dogi, precle, cola, słodycze. Stąd ten smród kiszonej kapusty - dodawana jest do bułek z kiełbaską. Kolorowe światła, noc jak dzień. Ogromne samochody. Ogromne billboardy. O jeny - jacy Ci ludzie są ogromni! Głowa sama ogląda się za monstrualnych rozmiarów ciałami. Jest też golizna, są kolory i tandetna bizuteria. Przy kazdej restauracji, knajpce etc. góry usypane z worków na śmieci - raj dla szczurów. Za kilka godzin śmieciarki zlikwidują te wyspy odpadów.

Telefon na rogu ulicy, obok kwiaciarnia. Wciąż czynna. Wybieram długi numer do domu. "Jestem cała i zdrowa. Tu - na drugim końcu świata". Serce wali z wrażenia, przerazenia, z nagłej i niepohamowanej tęsknoty. Autobus, który zabierze mnie dalej odjezdza ok. ósmej rano. Sześć godzin czekania przede mną. Tułam się z walizką. Taksówkarze trąbią regularnie i pytają, czy podwieźć na lotnisko. Ulicą w tę, ulicą we w tę. Co chwilę buczą syreny: policja, karetki, straz pozarna. Raz blizej - tuz za rogiem, to znów w oddali.

McDonald's - chociaż jedno znajome miejsce. Wchodzę i zamieram. Jestem jedyną białą osobą. Ja i skośnooka, bosa bezdomna śpiąca przy stoliku na środku sali. Reszta klientów jest ciemnoskóra. Czuję na sobie spojrzenia. Siadam przy stoliku pod ścianą. Rozglądam się nerwowo: wyjść? zostać? Czarnoskóry, gruby stróż stoi przy toalecie pilnując, by korzystali z niej tylko klienci. Sok pomarańczowy smakuje paskudnie, kawa nie przypomina kawy - mdła, słodkawomleczna ciecz o zabarwieniu brudnej wody. Przynajmniej jest gorąca. Obserwuję przewijających się klientów. Krzykliwie umalowane dziewczyny z gołymi brzuchami, chłopcy w szerokich spodniach i koszulkach do kolan. Kazdy chce się wyrózniać. A ja czuję się, jak w amerykańskim teledysku klasy C. Po godzinie mojej obecności w "maku" toaletowy stróz leniwie zagaduje śpiącą przy stoliku. Ona podnosi głowę, nieprzytomnym wzrokiem wodzi po sali, po czym wstaje, kręci się chwilę i siada przy stoliky w kącie. Zasypia oparta o blat stołu, wtulona we własne ramię. Czuję się jak zlepek hamburgerowego tłuszczu, smażonego sera, cukru i soli. Wszystko to osiadło na mojej twarzy, wplątało się we włosy. Po 10u godzinach lotu, godzinie czekania na metro, godzinie jazdy metrem i nie wiem juz ilu godzinach tułania się po Manhattanie chce mi się wyć ze zmęczenia i tęsknoty. Tam po drugiej stronie oceanu jest moje łózko, czysta łazienka i czerwcowe truskawki w lodówce.

Niebo robi się jasne, czego przy takiej ilości neonów nawet nie zauważam. Upał robi się nieznośny. Sklepikarze otwierają swoje sklepiki, tubylcy zaczynają pędzić przed siebie - obowiązkowy kubek kawy w ręku. O 8:00 rano wsiadam do autobusu na stacji Port Authority. Kierunek Ocean City Maryland. Ohydny Nowy Jork zostawiam za sobą.

Trzy miesiące później.

Docieram do Nowego Jorku wieczorem. Stacja pierwsza - hotel. Prysznic i do łózka. Kolejny dzień. Upał jak kilka miesięcy wcześniej. Nie jestem zmęczona, ani przerażona, ani nie mam ze sobą duzej walizki. Morze ludzi. Nie zauważam już duzych ciał i kolorowych twarzy. Miasto pędzi przed siebie. Turystów mozna rozpoznać gołym okiem ( skośnoocy obwieszeni aparatami fotograficznymi to nie mit ;D). Z góry miasto wygląda jak kartka papieru w kratkę - ulice przecinają się pod kątem prostym. Tu nie można się zgubić. "Zaliczam Statuę Wolności, Empire State Building, Ground Zero, siedzibę ONZ i parę innych tzw. obowiązkowych punktów. Później dotrę jeszcze do Natural History Museum, Central Parku.

Zapuszczam się do China Town, potem do Soho. Obie dzielnice dzieli niewidzialna ściana: po jednej stronie tłum biedoty i rupieci rozłożonych w każdym zakamarku chodnika, po drugiej młodzi bogaci i galerie z dziełami o wartości przekraczającej moje wyobrażenia. Po jednej McDonald's (znowu) z chińskimi napisami, po drugiej francuskie i włoskie knajpki, w których w porze lunchu trudno o wolny stolik. Kontrast krzyczy, wrzeszczy!

W parku przy fontannie grają jazzmani amatorzy. Studenci oblegają trawniki. Kawałek dalej za ogorodzeniem jest wydzielona strefa dla psów. Tam mogą bezkarnie biegać i cieszyć się "wolnością".

Słońce zachodzi. Idę w kierunku Times Square. Przede mną pani na klkunastocentymetrowych obcasach. Właśnie wyszła z hotelu. Na dolnym końcu cieniutkiej smyczy dynda jej psina. Pani jest elegancka, wygląda jak milion dolarów. Piesek z kolei jest zdezorientowany. Docieram do celu. Neony, neony, neony. Tłum jak za pierwszym razem. Ale jakby sympatyczniejszy, mniej przerażający. W zasadzie wcale nie przeraża. Wciąga. Czuje się tę niewytłumaczalną radość i jakąś niepojętą dumę z tego, że oto stoi się w środku świata, w miejscu, do którego prowadzą wszystkie drogi. Stoję i patrzę i nie rozumiem. W głowie mam tylko jedno słowo - "kicz". Niesamowicie pociągający, magnetyczny i nigdzie indziej niespotykany, ale jednak kicz. Dlaczego tyle ludzi chce w nim żyć, pracować, zakładać rodziny? Nie wiem, nie rozumiem, ale nie muszę. Wiem, że tego narkotycznego uwielbienia dla tego miasta trudno jest się pozbyć. Nowy Jork najpierw szokuje organizm, który ciężko przyjmuje tak inną, neznaną sobie substancję. Potem jednak nagle, nie wiadomo kiedy rozłazi się po ciele dostarczając emocji, których trudno się wyrzec, o których trudno zapomnieć, których nie można nie pokochać.

Cały świat w jednym miejscu.

poniedziałek, 30 marca 2009

Obsesja głębi

Pewna młoda kobieta ze Stuttgartu, która pięknie rysowała, przy okazji swej pierwszej wystawy usłyszała od krytyka, niemającego nic złego na myśli i gotowego ją promować, następujące słowa: "Te prace świadczą o zdolnościach i przemawiają, ale nie ma pani jeszcze dosyć głębi".

Młoda kobieta nie zrozumiała, co krytyk miał na myśli, i wkrótce zapomniała o jego uwadze. Ale w dwa dni poźniej w gazecie zamieszczono recenzję tego krytyka, a w recenzji można było przeczytać: " Młoda artystka posiada sporo talentu, a jej prace na pierwszy rzut oka bardzo się podobają; niestety jednak brak im głębi".

Młoda kobieta zaczęła się zastanawiać. Oglądała swoje rysunki i grzebała w starych teczkach. Przyjrzała się wszystkim rysnkom, także tym, nad którymi akurat pracowała. Potem zakręciła flaszeczki z tuszem, wytarła piórka i poszła na spacer.

Tego wieczoru była zaproszona na przyjęcie. Wyglądało, że ludzie nauczyli się krytyki na pamięć i wciąz mówili o sporym talencie oraz o tym, jak bardzo obrazy podobają się juz na pierwszy rzut oka. Ale z półsłówek rzucanych za jej plecami i przez tych, ktorzy stali odwróceni do niej tyłem, młoda kobieta, gdy tylko wsłuchała się uwaznie, mogła wyłowić: "Nie ma w ogóle głębi. Otóz to. Nie jest zła, ale niestety nie ma głębi".

Przez cały następny tydzień młoda kobieta nic nie narysowała. Siedziała bez słowa w swoim mieszkaniu, dumała, a w głowie miała wciąz tylko tę jedną myśl, która jak ośmiornica z głębiny morskiej oplotła i zdławiła wszystkie inne myśli: "Dlaczego nie mam w ogóle głębi?"

Drugiego tygodnia spróbowała znowu zabrać się do rysowania, ale nie wyszła poza niezdarne szkice. Czasem nie udawało jej się nawet rzucić na papier jednej kreski. Na koniec rozdygotała się do tego stopnia, ze nie mogła zanurzyć piórka w butelce z tuszem. Wtedy wybuchnęła płaczem i zawołała: "Tak, to prawda, nie mam w ogóle głębi!"

Na trzeci tydzień zaczęłą przeglądac albumy, studiować dzieła innych rysowników, przemierzać galerie i muzea. Wstąpiła do galerii i zażądała od sprzedawcy najgłębszej książki, jaką ma na składzie. Otrzymała dzieło niejkiego Wittgensteina i nie wiedziała, co z nią począć.

Na wystawie w muzeum miejskim, "500 lat rysunku w Europie", przyłączyła się do szkolnej wycieczki, oprowadzanej przez pana od wychowania plastycznego. Nagle, przy jednej z rycin Leonarda da Vinci, podeszła i zapytała: "Przepraszam - mógłby mi pan powiedzieć, czy ten rysunek ma głębię?" Pan od wychowania plastycznego wyszczerzył zęby i powiedział: "Chce pani ze mnie robić wariata? To się pani za poźno obudziła!", a klasa ryknęła śmiechem. Młoda kobieta zaś poszła do domu i gorzko zapłakała.

Odtąd dziwaczała coraz bardziej. Prawie nie opuszczała pracowni, a przeciez pracowć nie mogła. Brała pigułki, zeby nie zasnąć, chociaz nie wiedziała, po co właściwie ma czuwać. A kiedy ogarniało ją zmęczenie, usypiała w fotelu, bojąc się iść do łózka ze strachu przed głębią snu. Zaczęła tez pić i po całych nocach paliła światło. Nie rysowała juz. kiedy zadzwonił marszand z Berlina i prosił o kilka rysunków, krzyknęła w słuchawkę: "Niech mi pan da spokój! Nie mam w ogóle głębi!" Od czasu do czasu brała plastelinę, ale nie lepiła nic określonego. Zanurzała w niej tylko czubki palców albo ugniatała małe kluseczki. Zaniedbała się zewnętrznie. Przestała zwazać na ubiór i zapuściła mieszkanie.

Przyjaciele martwili się. Powiadali: "Trzeba się nią zająć. Przezywa kryzys. Albo jest kryzys natury egzystencjalnej, albo artystycznej, albo finansowej. W pierwsym przypadku nic się nie da zrobić, w drugim przypadku musi po prostu przez to przejść, a w trzecim przypadku moglibyśmy się zrzucić, tylko czy to znowu nie sprawi jej przykrość". Totez ograniczono się do zapraszania jej na kolację albo na przyjęcie. Zawsze odmawiała, tłumacząc się, ze musi pracować. Ale nie pracowała nigdy, siedziała tylko w swoim pokoju, gapiła się przed siebie i ugniatała plastelinę.

Pewnego razu doprowadziła się sama do takiej rozpaczy, ze mimo wszystko przyjęła zaproszenie. Młody człowiek, któremu wpadła w oko, chciał ją potem odwieźć do domu, zeby sie z nią przespać. Powiedziała, ze proszę bardzo, bo i on jej się podoba, tylko niech się przygotuje na to, ze ona nie ma w ogóle głębi. To skłoniło młodego człowieka do zachowania rezerwy.

Młoda obieta, która kiedyś tak pięnie rysowała, teraz staczała się wyraźnie. Nie wychodziła juz z domu, nikogo nie przyjmowała, wskutek braku ruchu utyła, wskutek alkoholu i pigułek postarzała się przedwcześnie. Mieszkanie zaczęło murszeć, ona sama cuchnęła kwaśno.

Odziedziczyła 30 000 marek. Z tego zyła przez trzy lata. Raz w ciągu tego czasu pojechała do Neapolu, nikt nie wie, w jakich okolicznościach. Zagadnięta, odpowiadała niezrozumiałym bełkotem.

Gdy pieniądze się skończyły, kobieta pocięła i podziurawiła wszystkie swoje rysunki, wjechała na szczyt wiezy telewizyjneji skoczyła w głębię mierzącą 139 metrów. Ale poniewaz tego dnia był silny wiatr, nie roztrzaskała się na wyasfaltowanym placu pod wiezą, tylko zniosło ją przez całty zagon owsa az na skraj lasu, gdzie wylądowała na jodłach. Mimo to zabiła się od razu.

Bulwarowa prasa skwapliwie podchwyciła sprawę. Samobójstwo jako takie, ciekawa trajektornia lotu, fakt, ze chodziło o niegdyś obiecującą artystkę, która jeszcze w dodatku była ładna - wszystko to miało znaczna wartość informacyjną. Stan jej mieszkania przedstawiał się tak katastrofalnie, ze mozna było zrobić malownicze zdjęcia: tysiące opróznionych butelek, wszędzi oznaki ruiny, zniszczone obrazy, na ścianach grudki plasteliny, ba, po kątach nawet ekskrementy! Zaryzykowano drugi nagłówek i jeszcze dodatkową relację na trzeciej stronie.

W dziale kulturalnym wspomniany juz krytyk napisał notkę, w której wyrazał zdumienie, ze młodą kobietę spotkać musiał tak okropny koniec. " Dla nas, pozostałych - pisał - zawsze jest wstrząsem, gdy oto na naszych oczach młody talent nie znajduje sił, by pozostać na scenie. Opieka ze strony państwa i prywatna inicjatywa nie moga wystarczyć w sytuacji, gdy trzeba przede wszystkim pochylić się nad człowiekiem i okazać zrozumienie artyście. Wszak zapowiedź owego tragicznego końca zdaje się tkwić ostatecznie w sferze tego, co indywidualne. Albowiem czy juz z jej pierwszych, na pozór jeszcze naiwnych prac nie wyziera owo przerazające rozdarcie, widoczne w arbitralnej, uzyte w słuzbie przesłania technice mieszanej, ów zwrócony ku wewnątrz spiralnie drązący i zarazem naznaczony wysokim potencjałem emotywnym, najwyraźniej daremny bunt stworzenia przeciwko własnej jaźni? Owa fatalna, chciałoby się niemal rzec: bezlitosna obsesja głębi?"

[Patrick Sueskind, "Kontrabasista i inne utwory"]

PS: Dziękuję M. ;)

wtorek, 24 marca 2009

Praca dla... sekretarki ;/ ??? WTF !!!

Opis stanowiska: ASYSTENTKI -SEKRETARKI -PRACOWNIKA BIUROWEGO PRACOWITĄ • samodzielne wykonywanie zleconych obowiązków • prowadzenie sekretariatu i innych dokumentów • obsługa centrali telefonicznej • nadzór nad prawidłowym obiegiem dokumentów • prowadzenie korespondencji • prowadzenie dokumentacji biurowej • obsługa spotkań zarządu oraz spotkań z kontrahentami • inne prace zlecone przez zarząd spółki Wymagania: wykształcenie minimum wyższe magisterskie • doświadczenie na proponowanym stanowisku • doskonała znajomość pakietu MS Office min.stopień 4+ • umiejętność obsługi urządzeń biurowych • komunikatywność ,dyspozycyjność ,kreatywność ,pozytywne myślenie ,lojalność ,uczciwość. • umiejętność negocjacji z klientami . • systematyczność , samodzielność w pracy, duża pracowitość i szybkość wykonywanych zadań . • wysoka kultura osobista ,skromność wewnętrzna i zewnętrzna • prawo jazdy kategorii B • znajomość języka angielskiego w mowie i piśmie, opcjonalnie dodatkowo innych języków np.język rosyjski . Szukasz dobrej pracy ,mało zarabiasz,jesteś ambitna,systematyczna i pracowita,masz dobry kontakt z ludżmi i dobrą odporność na stres,chcesz aby Twoja praca była pasją , przynosiła wymierne korzyści finansowe i zadowolenie z pracy - prześlij do nas swoją aplikację. Od kandydatek oczekujemy: miłej aparycji i komunikatywności ,pozytywnego myślenia i nastawienia do życia . - codziennych działań na dodatni wynik finansowy firmy - systematyczności w pracy wraz dyspozycyjnością - wieku powyżej 25 lat , ale maksymalnie do 37 lat Oferujemy: bardzo dobre warunki pracy i płacy. możliwość rozwoju zawodowego ,szkoleń ,awansu. zatrudnienie stałe pewne i bezpieczne codzienne bezpłatne obiady w bufecie zakładowym . kawa ,herbata ,napoje bez ograniczenia. bardzo dobre wyposażenie biura . dobry klimat dla osoby pracowitej . Aplikacje zawierające cv ze zdjęciem, oraz list motywacyjny prosimy przesyłać na adres kontakt na maila prosimy składać swoje cv adres mailowy ABC@.pl po zapoznaniu się z ofertą zaprosimy na rozmowę kwalifikacyjną . Bardzo dobre warunki socjalne i płacy . Dla pewności wyboru oferty prosimy podać minimalne oczekiwanie płacowe brutto dziennie za każdy dzień faktycznie przepracowany . Prosimy podać czy forma zatrudnienia umowa zlecenie lub działalność gospodarcza jest akceptowana . Prosimy podać ewentualną datę rozpoczęcia pracy .Prosimy o podanie informacji , adres mieszkania , adres zameldowania , Historia ostatnich 2 lat pracy z datami w miesiącach i wysokość ostatnich pensji netto miesięcznych wynikających z umowy o pracę ,zlecenia lub działalności gospodarczej . Dziękujemy za złożenie nam oferty pracy . Na pewno odpowiemy na ciekawe oferty i pełne informacji . Pozdrawiamy i zachęcamy do składania ofert na mail. Proszę podać obowiązkowo wszystkie informacje w swojej ofercie . Pozdrawiamy i Czekamy na oferty .Przepraszamy wszystkie osoby za wnikliwe pytania osobiste, które mają istotny wpływ na wybór kandydatki do pracy .

PS: a w razie, jeśli to Twoja kandydatura do nich przemówi, wystarczy, że zrobisz testy na HIV, zaszczepisz się na raka szyjki macicy, wszyjesz esperal, przejdziesz 6-mięsieczny kurs z trenerem fitness, podwiążesz jajowody, nauczysz się żonglować segregatorami...i już przechodzisz do następnego etapu!!! Jeśli wygrasz to wspaniałe miejsce pracy, a po 3 miesiącach odbije Ci korba - take it easy! Firma zasponsoruje Ci tydzień pływania z delfinami...

Will Smith w lateksie ;)

- Nie mam problemu z homoseksualistami, tylko z tym, ze się tak afiszują - powiedział Znajomy i rozpętała się dyskusja.

- Dlaczego ja nie chodzę po ulicach i nie macham plakatami i flagami mówiąc całemu światu, ze jestem hetero?! - zżymał się.

- No właśnie. Dlaczego tego nie robisz? Przeciez masz do tego prawo - wykorzystaj je. A jeśli nie masz potrzeby robienia tego, to zrozum chociaz tych, którzy taką potrzebę mają. Wolno im, nikomu krzywdy nie robią. Moze chcą coś przez to powiedzieć. A raczej na pewno chcą coś powiedzieć. Tylko trzeba umieć słuchać.

- Zakładają jakieś lateksowe kostiumiki, wrzucają dropsy i robią show.

KONSTERNACJA.
- A co mają lateks i piguły wspólnego z gejami? - pytam, bo nie bardzo rozumiem. - Widziałeś love parade w Berlinie? Ilu heteroseksualnych w lateksie, albo wręcz rozebranych i naćpanych tam widziałeś? Mnóstwo!!! Homoseksualni niczym nie różnią się od Ciebie ani ode mnie.

- O nie moja droga. I tu się właśnie mylisz. Gdyby natura uważała, że to, w jaki sposób żyją było normalne, albo powiedzmy zgodne z naturą, to dałaby im też możliwość rozmnazania się. Czyli najogólniej: każda płeć mogłaby istnieć bez tej drugiej. A tak nie jest. Dgyby na świecie istnieli tylko geje i lesbijki i żaden osobnik żeński nie połączyłby się z męskim, to wyginęlibyśmy na amen. To jest niezgodne z naturą! Chore jakieś.

- Widzisz, jednak homoseksualiśći byli od zawsze. I jakoś wciąż jesteśmy na tej planecie. I nie mów mi tylko, że uważasz homoseksualizm za chorobę...

- Trochę tak.

- Daj spokój. To zaczyna być śmieszne.

- O! Widzisz! Jak tylko ktoś ma inne zdanie na ten temat, to już jest tym "gorszym", niepoprawnym politycznie. Po co te wszystkie filmy o gejach? O kowbojach, urzędniakach...nie rozumiem. I teraz jeszcze Will Smith zagra geja! Po co tym męczyć ludzi? Podtykać pod nos?

- Wiesz, to tak, jakbym się wkurzała, że po raz kolejny ktoś nakręcił film o samobójcach albo o wolontariuszach. Po prostu jest to jakieś zjawisko społeczne zgrabnie ujęte w historię. A tak nota bene: dwie panie są ok prawda? Tylko dwóch panów już znieść nie możesz!

- Bo kobiety to coś innego! Jesteście estetyczne, miło na was popatrzeć.

- Ta. Zwłaszcza, jak są w duecie. Bo pojedynczo to już inne wrażenie. Jesteś hipokrytą. Wolę w tym wypadku być poprawna politycznie - chociaz nie wiem, dlaczego w twoim przekonaniu jest to coś godnego potępienia - niż szkalować kogoś za to, że lubi/kocha/pożąda/ etc. tę czy inną osobę. Gdyby mniej było takich opinii jak twoja - tzn skrajnych - to w końcu przeszłoby się nad tym do porządku dziennego i dano im święty spokój.

- I tu jest pies pogrzebany! Bo oni wcale nie chcą, żeby to było "normalne"! Chcą być wyjątkowi, pokrzywdzeni, uprzywilejowani! Bo gdyby to było normalne, to musieliby normalnie stawić czoła codzienności! A tak, zawsze można powiedzieć: "Szef się czepia, bo jestem gejem. Na ulicy mnie wytykają palcami bo jestem gejem...etc etc...O ja biedny gej!".

- Tego się nie ma wypisanego na czole wiesz? Takie coś spotyka właśnie tych, którzy mają odwagę powiedzieć, że są jakcy są. A wiesz dlaczego tak się muszą z tym szarpać? Bo kiedyś uważano to za ułomność. Ludzie mieli ich za gorszych. podobnie było z kobietami. I teraz, żeby wyrównać to, czego przez lata byli pozbawieni, muszą trochę powalczyć. Ja to świetnie rozumiem. Kobiety też wychodzą oplakatowane na ulice, bo były w podobnej sytuacji. I teraz zastanów się, dlaczego tylko heteroseksualni mężczyźni nie wychodzą na ulicę demonstrować i walczyć o prawa... Bo oni te prawa ustalają! Podgarnęli przez wieki wszystkie dziedziny życia pod własne zady, jak kury wysiadujące jaja.

- A kolorowi?

- To juz bardziej zahacza o problemy rasowe, nie sądzisz? Powiem Ci, że ciekawy byłby to widok, gdyby nagle na ulicę wylegli faceci domagając się równouprawnienia w kwestii wychowywania dzieci. Ojcowie, którzy chcieliby spędzać z dzieciakami tyle czasu, co ich partnerki i brać udzial w życiu dziecka w równym stopniu. Zbulwersowani brakiem urlopów dla ojców, prawem przyznającym opiekę w wiekszości matkom.. Ale to się nie stanie? Dlaczego? Ano dlatego, ze panom jest obojętnie, jak wychowa się to dziecko. Tzn przedłużyli zycie swojego gatunku, rozsiali geny i cześć. A babki pilnują, zeby to potomstwo przetrwało. Oni martwią się z kolei o to, jak puścić w świat jeszcze wiekszą ilość genów. Zdradzają więc swoje siedzące w domu z dziećmi kobiety, aby kolejnym podrzucić plemniki...

- Chyba odbiegliśmy od tematu... złap powietrze... feministka...

- Jeśli chciałeś mnie tym obrazić, to wyjątkowo Ci nie wyszło... ;)

Wolę silną wolę

Za każdym razem, kiedy zamierzam przechytrzyć swój organizm, on się mści tak okrutnie, że zapada mi to w pamięć na dłuuuuugo. Niestety - nie na zawsze. "Starsza to ty może będziesz, ale mądrzejsza to już na pewno nie" mawia mój Współspacz i nie wie chyba nawet, ile w tym racji.

Nie głodówka, nie Magiczne Ziółka Ojca Jacka Placka ani cudowne pigułki z Bąbiem - Trąbiem. A już na pewno nie więcej kawy i papierosów, żeby przyspieszyć przemianę materii i oszukać ssanie. Nieskutecznie wypada też zakochanie, bo kiedy jestem zakochana, to czuje się akceptowana, a jak tak się czuję, to po cholerę się katować dietą? :)
Marny jest też "sposób na za małe ciuchy" czyli wyciągnięcie z szafy wszystkich za małych szmatek i obiecanie sobie, że za pół roku (phi - za miesiąc!) będą leżały jak ulał. Spodnie pijące w boki i wrzynające się w tyłek tylko bardziej frustrują. A wiadomo: frustracja = żarciuchno. Nie ma też sensu wmawianie sobie, że kochanego ciała nigdy za wiele, że więcej ciała do kochania i że prawdziwa kobieta musi być miękka. Nie musi! Już nie! Wręcz nie powinna być. A szkoda... Nic to. Trzeba po prostu pogodzić się z myślą, że twarożek ze szczypiorkiem (choć pyszny) nigdy nie będzie smakował jak czekolada z orzechami, a ta z kolei nigdy nie nabierze właściwości grapefruit'a. Silna wola, sportowe buty i do boju!

A propos silnej woli...

Sobota w rodzinnym domu. Urodziny Taty. Będą goście. Kuchnia zastawiona jedzeniem po horyzont i podłogę. Wędzony łosoś, sałatka krabowa, ciasto czekoladowe -wszystko mnie woła i szczerzy się do mnie. Najchętniej bym się w tym jedzeni wykąpała! Ale nie! Grzecznie skubię swoją sałatę z dodatkiem rybnej brei - ohyda. Porcja głodowa. Robię, co do mnie należy i wycofuję się do siebie na górę. Zwycięstwo!!! Sobota mija, a ja wciąż trwam przy swojej diecie! Nie wciagnęłam nawet połowy nadprogramowej mandarynki! Moja silna wola jest ogromna, żelazna! Jak to przetrwałam, to nic mnie już nie ruszy.
Niedziela. Na śniadanie czarna kawa. W ciągu dnia tylko jedna porcja ryby i nic poza tym. Do tego wody i zielonej herbaty ile wejdzie. 7 dzień diety jest najgorszy. Wieczorem czuję się jak po miesięcznej grypie - słaba i wyjałowiona. Poniedziałek. Śniadanie - kawa. W drodze na zajęcia robi mi się słabo, ręce się trzęsą. Oczy podkrążone. 3.5 kg mniej! Sukces? Porażka!!! Telefon do mamy: pakuj jedzenie, ktoś je zaraz odbierze. Koniec diety.

Nigdy przenigdy więcej! Założenie było takie, że chce schudnąć a nie umrzeć do cholery! Dobrze, że mózg mam jeszcze w miarę sprawny i wyczułam kiedy przestać! Dobrze w ogóle, że przy tej diecie nie popełniłam jakiegoś aktu autokanibalizmu!
W domu ryba i sałata (tak - znowu - ale do sałaty dodałam paprykę), żeby organizm szoku nie dostał. Potem trochę bananów z jogurtem... potem kawałak czekoladowego ciasta... potem grapefruit i pomarańcza... potem zupa a'la Współspacz... potem miska salatki krabowej... i to wszystko przyklepane jogurtem z płatkami czekoladowymi...

Nie dostałam skrętu kiszek ani odruchów wymiotnych - to już coś ;)
Jutro pewnie waga wskaże jakis 1 kg więcej ale pal licho!!! Są tacy, którzy zostali stworzeni do celów wyższych i jestem ja - ta od "misji jedzenie" :) Przynajmniej na łożu śmierci nie bedzie mi szkoda tej cholernej kostki czekolady, której mogłam sobie odmówić, a nie odmówiłam.. tych 30 sekund czekoladowego szczęścia (nie drodzy Panowie - 30 sekund to wcale nie jest cała wieczność!! to tylko 30 sekund!!! ;D)....ech...


PS: celowo nie podaję nazwy śmiercionośnej diety, bo jeszcze komuś do łba strzeli, żeby wypróbować.

piątek, 20 marca 2009

20:19 - środek dnia...

Jeden z takich dni, kiedy jesteś święcie przekonana, że cały świat o tobie zapomniał. Telefon ma cię w dupie i ani drgnie. Skrzynka podobnie - nawet maile z reklamami nie przychodzą. Myślisz - "piątek, wypadałoby coś zrobić, gdzieś wyjść, z kimś się spotkać"... po czym wciskasz twarz w poduszkę, naciągasz kołdrę na głowę i próbujesz się nauczyć niemyślenia..Nie wychodzi...

Czy ta dieta się kiedyś skończy? mmmm...sernik z rodzynkami..albo paczka miśków Haribo..oj albo chociaż świeży sok pomarańczowy..
Nie nie - środek marca - trzeba jakoś wyglądać.. tyłek wisi, brzuch się wylewa ze spodni, piersi z biustonosza..piersi niech się wylewają, ale po co reszta?

Facet..jakiegoś porządnego, normalnego (ale nie za bardzo) samca..mężczyznę..oj miśki Haribo..tak..i truskawki..

Powinnam malować? Albo rysować? Wrócić do skrobania węglem i ołówkiem po kartce..ale ten pędzel ostatnio tak dobrze leżał w dłoni..

Z zadumy wyrywa chrapanie współlokatora.. i Cejrowski gadający z ekranu.. nie przepadasz za Cejrowskim (on też by cię nie polubił).. Cejrowski działa na nerwy..

20:19 - środek dnia, zieeeeewasz..mhm..taki porządny facet, z pasją, z błyskiem w oku, z obłędem w oku; facet, który wie, czego chce od życia - stop!!! - znowu wracasz do poprzedniej historii! Taki, żeby też lubił żelki - stop stop stop - nie myśl o nim - to nic nie zmieni. Naucz się myśleć o sobie..tak - o żelkach też możesz, ale pamiętaj o diecie. Dieta - ohydne słowo.

O papierosach też nie myśl - miałaś rzucić - pamiętasz? I nie pij za dużo kawy, nie będziesz mogła spać. Nic ci nie wolno?.. ja ci nie każę - sama chciałaś. I co się zlościsz jak małe dziecko? Złość piekności szkodzi..taaaa...jakiej piękności?.. oj nie przesadzaj - nie jest tak źle. Racja - zawsze może być gorzej..też mi pocieszenie.

W lodówce są pierogi. Ruskie. Gdyby tak chociaż wciągnąć jednego...jeny - czy ty możesz myśleć o czymś innym poza żarciem?! No to chociaż pysznego faceta - do diabła! O czymś innym poza żarciem i facetami?! Cholera. To może przeczytam tę książkę, którą wczoraj pożyczyłam. Lepiej? W końcu coś innego - już miałam na końcu języka, żeby ci powiedzieć, że mnie wkurzasz jak mało kto. I vis a vis. Chyba vice versa...a jak już zalegasz w tym wyrze, to ubierz coś cieplejszego - nie chcę zmarznąć...

czwartek, 19 marca 2009

Umieranie na ekranie

Ma 27 lat, dóch synów i raka. I umiera. Przed kamerami.

Brytyjka Jade Goody (gwiazdka brytyjsiego Big Brothera) chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Nie wiem, co myśleć o jej decyzji. Postanowiła sprzedać mediom ostatnie chwile swojego życia, żeby zabezpieczyć finansowo swoje dzieci.

Jeszcze jakiś czas temu - pulchna, uśmiechnięta, bezpruderyjna, nieco skandaliczna. Dzisiaj - wychudzona, zniszczona chorobą, na wózku inwalidzkim. Nie zasłania łysej głowy. Jedyne, co się nie zmieniło, to uśmiech.

Sprzedała swoją śmierć mediom, a one ochoczo ją kupiły. Nic już z tego nie rozumiem. Pojęcie przyzwoitości przestało istnieć. Ludzie kupią wszystko - śmierć i seks w pierwszej kolejności. Z drugiej strony - cel jest niby szlachetny - w ten sposób dzieci Goody będą miały środki na utrzymanie. I co z tego? Nie będą miały matki. Tak - można powiedzieć, że sama się na to zdecydowała, że to jej wybór. Ale ktoś jej udostępnił dojście do przekazu. Najdramatyczniejsza telenowela, jaką do tej pory nakręcono? Może.

A może trzeba na to spojrzeć inaczej, chłodniej. Goody zna zasady, wie jak działa showbiznes, wie jak zaspokoić niewybrednego widza. Mówiąc jaśniej: wycyckała i wykorzystała żerujące media i durną, prostą publiczność. I zrobiła to cynicznie, "prosto w twarz". Ona da im mięcho, oni jej pieniądze.

Od wyroku, jaki dostała, nie ma odwołania. Zostawi dwóch chłopców. Dwóch bogatych chłopców, którzy dopiero po latach będą w stanie głębiej zastanowić się nad tym, co zrobiła ich matka. Będą mielie do nie żal, że z najdramtyczniejszego wydarzenia w ich życiu zrobiła szopkę? A może wręcz przeciwnie? Może będą wdzięczni, że nie zostawiła ich na pastwę losu?

Goody ma swoje 5 minut. Swoje ostatnie 5 minut życia i najważniejsze, największe 5 minut w mediach. Wykorzystuje je tak, a nie inaczej. Swoje ostatnie 5 minut mają też (w moim mniemaniu) brytyjskie media; niedługo wyzioną ludzkiego, przyzwoitego ducha i zostanie po nich rozkładające się ciało, któremu już jest wszystko jedno.

Nie oceniam jej. Nie potępiam. Nie rozumiem. Ale nie jestem matką. Nie jestem chora na raka. Nie umieram.

wtorek, 17 marca 2009

PRL welcome to ;)

Piękny, iście wiosenny poranek ;( deszcz, wiatr i liście dokoła.. uruchamiam więc sprzęt jesienny: parasolka, kalosze, na grzbiet ortalion. Do sklepu czas iść.
Drep drep - jestem na miejscu. Mała osiedlowa hurtownia z kategorii "mydło i powidło" - od plastikowych mopów, przez podrobione wody toaletowe, po farbki plakatowe.
- Dzień dobry. Czy dostanę brystol? - pytam grzecznie, jak rodzice nauczyli.
- Taaa. Tam - odpowiada poirytowana moim pojawieniem się "pani sklepowa".
- Przepraszam, gdzie? Niestety nie widzę - mam ochotę zrezygnować z grzecznego tonu, ale jeszcze próbuję.
- No tam. W koszu. Ja stąd widzę - ona ani drgnie.
Wodzę oczami po sklepie. Syndrom kreta - patrzę i nie widzę. W końcu mam! Siłuję się z arkuszami, wyjmuję dwa białe. Jeszcze farby, pędzle i ołówek. Mam wszystko.
- Chciałabym zapłacić - zgrzytam już zębami ale jeszcze jestem miła.
Idziemy do kasy. W tym czasie wchodzi klientka.
- Poproszę fakturę - mówię.
- Ale nie teraz! Mam klientkę! - ze złości prawie odprysnął jej różowy, perłowy landrynkowy lakier, a ondulowane włosy niebezpiecznie się rozprostowały.
- Poczekam - epitet miałam na końcu języka.
Jak posąg stoi i ani drgnie. Patrzy, czy starsza pani przypadkiem nie wyniesie ze sklepu kredek i dzbanuszka na mleko.
W końcu przychodzi moja kolej. Ociągając się idzie na zaplecze po kwit. Z miną złej królowej pstryka na kalkulatorze i skrobie coś na świstku.
- Bażyńskiego "z" z kropką?
- Taaa - kultura mnie już opuściła. Stoję nad nią jak żandarm i czekam na iskrę, żeby wybuchnąć. Nic z tego. Wręcza mi kwit. Ani "dowidzenia" ani "pocałuj mnie w d...".

Zakupy: 27, 05 zł. Czas wypisywania faktury: 35 min. (!) Powiedzieć "pani sklepowej" na dowidzenia, że sklep jej padnie, bo jest nieuprzejma: bezcenne ;D

poniedziałek, 16 marca 2009

Wrażliwiec z jajami...i włosami ;)

Powiedziała mi pewna osoba, że jeśli chcę spełnić swoje marzenia, to muszę zacząć nad nimi pracować, muszę "od czegoś" zacząć. Od bzdury chociażby. Mały start; małe kroczki; tiptopkami mozolnie do przodu.

A ja na to wcale nie jak na lato. Strach mnie obleciał. Spełnianie marzeń... marze o spełnianiu marzeń! Równie mocno jednak, jak pragnę pewnych rzeczy, boję się, że się nie spełnią. I oto mamy blokadę: po co wziąć się do roboty, skoro może się nie udać?; po co, skoro ktoś wyśmieje, skrytykuje ostrymi słowami, nie doceni?

Jak to mawiają w kręgach inglisz: no risk, no fun. Zaryzykowałam więc i oto pierwszy mały kroczek został poczyniony: składam swoje baaaaardzo chaotyczne ;) myśli w wyrazy, wyrazy w zdania itd. Ze zdań powstaje to, co na tej stronie przeczytać można. Pierwsze koty za płoty. Dalej boję się kubła zimnej wody, tego, że decyzją mądrych głów dołączę do grona grafomanów. Ale jeśli nie wystawię się na taką właśnie krytykę, skąd będę wiedziała, czy jest ze mnie materiał na coś więcej? Zdanie rodziców i życzliwych osób z otoczenia owszem - jest ważne, ale nie szczególnie miarodajne :) Podnosi na duchu - fakt. Ale z reguły bardziej liczymy się ze zdaniem tych, którzy nie liczą się z naszymi uczuciami i walą prawdę między oczy.

Ten pierwszy mały krok w drodze do pisania książek pozwolił pozbyć się strachu przed byciem ocenianą. Daję sobie prawo do popełniania błędów. Czekam, aż mi ktoś te błędy wytknie, pod nos podsunie. Trening czyni mistrza. No to trenuję.

Odleciałam zupełnie od wątku, który pojawił mi się w głowie zanim usiadłam do pisania.
Na jednym z blogów toczy się dyskusja, czy młoda artystka z Warszawy proponuje coś ciekawego, czy wystawia chałę. Moje pierwsze wrażenie - chała. Ni przypiąć ni przyłatać. Żaden ze mnie krytyk sztuki, ale jako przeciętny odbiorca mówię szczerze - nie podobało mi się. Zwłaszcza forma, bo przesłanie może nawet niezłe (celowo nie podaję nazwiska arstystki itd. bo nie o samą wystawę mi chodzi).
Dołączyłam zatem do grona tych, dla których przedsięwzięcie było zdecydowanie "fuj".
Teraz trochę się tego wstydzę. Tego, że przeczytanie tych wszystkich kwaśnych komentarzy mogłoby podciąć jej skrzydła, zniechęcić do robienia czegoś, co na pewno kocha.
W rzeczywistości podziwiam jej odwagę. Dużo musi kosztować młodego artystę zmierzenie się ze zdaniem starych wyjadaczy - obojętnie w jakiej dziedzinie.

I proszę bardzo: artysta niby taki wrażliwiec, a jednak musi mieć jaja, żeby go inni wrażliwcy nie zjedli z włosami ;)

sobota, 14 marca 2009

Pisane nocą

- Jeszcze Twoje rękawiczki – powiedziała cicho, tak, żeby nie usłyszał, żeby nie zabrał ich od razu. Nie odwrócił się, choć był wciąż niedaleko. Może nie chciał się odwrócić, a może wiatr zagłuszył jej ciche słowa.

Mówił. Dużo, szybko, niewyraźnie, czasem nieskładnie. Powtarzał się. Pachniał wodą toaletową, papierosami i czymś jeszcze, co trudno nazwać. Może tak pachną uczucia…
Przysuwała twarz do jego skroni, szyi, do policzków – zastygała w bezruchu na sekundy, minuty. Całowała jego pieprzyk pod lewym okiem i bliznę nad ustami. Miał długie szczupłe palce; przeczesywał jej włosy raz po raz. Mówił, że dla niego smakuje jak truskawki. Takie słowa chwytała łakomie i chowała do kieszeni pod sercem.

Słuchała. Cierpliwie, nie przerywała, zapamiętywała. Kiedy zaś ona mówiła, nie rozumiał jej. Słyszał dźwięki, wyrazy, całe zdania. Ten sam język nabierał innego koloru; te same słowa miały dla obojga inny sens, różne znaczenia. Nie mówiła wierszem - nie czytał między wierszami. Chciała mu jednak dać czas, chciała dać czasowi czas. Starał się i chciał rozumieć i wiedziała o tym. Próbował i to jej wystarczało. Znali się krótko. Wszystkiego trzeba się nauczyć. Innego człowieka nauczyć się jest najtrudniej - to sztuka. To kumulacja wszystkich sztuk. To dźwięki – słowa w przestrzeni, oddechy; muzyka rozmów, koncert wiolonczelowy na pięć łez, gitarowe solo na dwie dłonie. To obrazy, kolory – jego zielone oczy, jej ciemne włosy, ich czarne rozstania, zamglone spojrzenie, drżące uda. To rzeźba – on pochylony nad nią: szczupły, gibki, gładki, ona przy nim: miękka, okrągła, szczupłe nadgarstki, szerokie biodra.

Byli tak różni, że aż podobni; tak podobni, że różnice same wychodziły na plan pierwszy. Dwa odmienne życia, z których jedno obce chwyciło drugie obce za rękę. Dwie pary płuc, papierosy z jeden paczki. Razem mieli 12 kolczyków i trzy tatuaże; statystyka blizn bliżej nie znana.

Poruszał się po omacku, dotykał na oślep trafiając za każdym razem. Wyczarował jej na ciele armię dreszczy. Zrobił z niej jedno duże, czułe miejsce.
Całowała go w szyję, bo sama to lubiła, gryzła delikatnie w ucho, bo sama to lubiła, przesuwała palcami po jego plecach, bo sama to lubiła. Uczuciowa egoistka. Może podobał mu się jej egoizm? Musiał akceptować (może nawet lubić) jej samolubność, skoro tak mocno ją do siebie przytulał i miał ten obłęd w spojrzeniu, który mówił wszystko. Chciwość i łapczywość były w każdym jego geście. Kołysał ją nie do snu. Kołysał nią.

Dla niego była dobrym złem. Uzależniająca, trudna do zdobycia, wyniszczająca. Nie zdążył poznać składu chemicznego, ale działała – to było najważniejsze. Serce znowu biło, był spokojniejszy, myśli odlatywały w innym kierunku. Małe dawki przestały mu wystarczać. Chciał więcej i więcej… na myśl o odwyku dostawał mdłości.

Był jak plaster osłaniający ranę, jak miód w gorzkiej herbacie. „Jesteś lekiem na całe zło” – myślała. „Czy jesteś lekiem na całe zło?” – pytała zaraz potem. Nie odpowiadał. Dosypywał cukru i dolewał mleka do mdłej czekolady jej życia. Chciała pić mocną, gorącą i słodką czekoladę z największego kubka. Pytał, czy zamieszać i podawał jej wprost do picia, żeby nie poparzyła palców.

Bała się czekania, bała się rozstania. Bała się rozstań i powrotów; po powrotach są rozstania. Nie chciała wybiegać myślami do przodu, ale myśli same odpływały i szukały go pod masztami, pod banderami. Wróci – nie wróci. Jeśli wróci, to kiedy i do kogo? Będzie wciąż taki sam? Będzie pamiętał? Ile razy skłamie? A jeśli nie wróci, to co z nią będzie? Pęknie jej serce? Może nie pęknie, ale stwardnieje.

Czy on się czegoś bał? Bał się przebudzenia. Cieszył się swoim snem na jawie; cieszył się radością niespokojną. Idealista-marzyciel utonął w bezsennym realizmie - w niej. Zabłądził w jej włosach, utknął w pułapce jej ud. Choć uwięziony, oddychał wolnością głębiej niż kiedykolwiek. Teraz miał skrzydła i był wysoko. I patrzył na nią stojącą na ziemi, wahającą się: dać się porwać i unieść, zostać na bezpiecznym lądzie? Ten w górze to anioł czy kruk?

Miał w sobie optymizm i życie dla dwojga. Zarażał. Dawał, więc brała. Nie chciała wszystkiego. Chciała tylko mały kawałek, okruch tego światła, które widział, kiedy patrzył w przyszłość. Swoimi życiożernymi cieniami nie chciała się dzielić. Bała się, by go nie zarazić smutną chorobą smutnych ludzi.

Wbrew naturze, nauce, wbrew niemu i sobie samej chciała wierzyć, że plus i minus dają wynik dodatni. Że czarny z białym daje białe. Że zielony z niebieskoszarym daje najpiękniejszy z kolorów.

Każdej dziewczynie po Chwinie ;)

Jak śpiewała pewna rozczochrana blondynka "I need a hero" :) Marzy się paniom taki hiroł z krwi i kości oj marzy... a mi się marzy taki osobisty Chwin :)

Oj tak! gdyby tak znaleźć swojego Chwina! Chwinie gdzie jesteś? Ostatni prawdziwie męski egzemplarz na tej ziemi? Mężczyzna, który wie, na czym to wszystko polega! "Co była warta ta jego przereklamowana miłość, nad którą wszyscy pieją z zachwytu, skoro po siedmiu dniach lamentu po prostu otrząsnął się z miłosnej rozpaczy jak pies wychodzący z wody?"

"(...)wzmacnianie poczucia męskości przez symboliczne nawet "przydeptywanie" kobiety niczego nie załatwia. Ktoś bez kompleksów nie boi się, że kobiety go zdominują. Wie, że może znaleźć w nich oparcie i przyjaźń, co nawet go wzmocni". AMEN

Po tym wywiadzie wszystkie przyjaciółki i znajome Pani Krystyny zapewne zaczęły pałać do niej zazdrosną nienawiścią ;)

Do poczytania: http://wyborcza.pl/1,97847,6378562,Stefan_Chwin_i_pech_Mickiewicza.html?as=1&ias=3&startsz=x

Do posłuchania: http://www.youtube.com/watch?v=7f_HsjpSVaI - fascynująca choreografia ;D


PS: "You need a doctor" - powiedział mi jeden ze znajomych po lekturze tego, co powyżej... ;D

piątek, 13 marca 2009

Jest tu taki jeden delikwent... http://wyborcza.pl/1,97848,6364119,Kobiety__co_wy_z_ta_wolnoscia_robicie_.html?as=1&ias=2&startsz=x ....



Prze ostatnią godzinę pisałam długaśną polemikę.. po czym skasowałam wszystko w cholerę, bo nie warto sobie języka strzępić, żeby to komentować...

Wiadomo przecież, kto jest winny temu, że faceci zdradzają itp. - zdradzane kobiety, a jak!!! Warto mieć chociaż tyle przyzwoitości i uczciwości, żeby przyznać, że winna nie jest nigdy jedna strona. Ja potrafię to przyznać. Nie macham szablą pt. "facet to świnia".
Ale pan A.P. się grubo zapędził.

Babka to ta hetera, cesarzowa ze szczotą zamiast berła, gotująca, nudna zołza. Aaaa - i jeszcze nie zadbana. A on to taki biedny żuczek - dobry tatuś pokazujący dziecku świat, który wcale nie oczekuje wjazdu obiadu na stół, gdy tylko przekracza próg domu. Ale kiedy obiad wjedzie, to mu się micha cieszy od ucha do ucha. Zagubiony samczyk, który chciałby przecież tylko szacunku, tylko akceptacji. A pamięta, że to działa w dwie strony?!

Czy kobiety wiedzą, że faceci myślą non stop o seksie? Co to za pytanie?! To nie średniowiecze (które nota bene wcale nie było takie ciemne - to tylko stereotyp). A czy panowie wiedzą, że kobiety również nierzadko? Tylko jeśli mają po raz kolejny służyć za "podkładkę" to czasem wolą odpuścić. Poza tym dobrze byłoby się douczyć i poznać trochę kobiecą fizjologię.

Taka babka, żeby można z nią było konie kraść? Taka dzieląca z partnerem zainteresowania i takie tam. Jakież to ładne!!! Sama słodycz!!! Tylko to też działa w obie strony!

Wyczuwam tu jakąś nieuleczalną odrazę do płci żeńskiej. Nie widzę dla autora nadziei. Proponuję zmienić orientację seksualną, a potem samemu prać gacie, dbać o zdrowe odżywianie,cieszyć się z partnera, który równie często myśli o seksie i z lubością pojedzie na żeglowanie. Do tego inne profity: pożyczy piankę do golenia, nie trzeba będzie opuszczać klapy od sedesu i będzie go można zabrać do pubu z kumplami (tylko czy będzie wtedy można na niego ponarzekać??).

czwartek, 12 marca 2009

Skoro blog o sensie ( a przynajmniej z sensownymi elementami),to o sensie słów kilka.
Mogę naiwnie wierzyć, że naiwna nie jestem; mogę też przyznać szczerze, że jestem naiwna. Naiwnie bowiem wierzę, że "nie ma tego złego...". /Trąci banałem - owszem. Ostatnie jednak absolutnie prywatne odkrycia do takich właśnie banalanych wniosków mnie doprowadziły. A w zasadzie pozwoliły uwierzyć, ze jednak mają sens. I tak samo to, że "czas leczy rany" (długość czasu wprost proporcjonalna do głębokości rany - najczęściej choć niekoniecznie) okazało się tzw. "świętą prawdą"; podobnie jak to, ze jeśli sam nie będziesz się szanował, to inni tym bardziej nie będą tego robili, etc. etc./

Nie o tym jednak chciałam. "Nie ma tego złego...". Właśnie. Płacz i zgrzytanie zębów - tyle zostało mi po Rudym, Prawniku, Marynarzu i Fotografie. Tak przynajmniej myślałam do niedawna.

Rudy: człowiek, który nauczył mnie, jak mówić "przepraszam". Dzięki niemu wiem, że facet bez poczucia humoru jest jak...eee -tzatziki bez czosnku(???) - mdły i wcale nie jak tzatziki - to raczej mizeria ;) a ja jednak wolę tzatziki niż mizerię (chociaż po czosnku boli mnie żołądek.. od śmiechu często też więc jednak porównanie wypada sensownie ;p).

Prawnik: tu już nie było tupania nogą ;) trzeba było usiąść i logicznie wyłożyć swoje "za" i "przeciw" (ehh ci prawnicy). Dodatkowo wiem, jak facet powinien traktować kobietę (Uwaga!-nawet kiedy już z nią nie jest). Dzięki niemu wiem, że kobieta i mężczyzna mogą być team'em, że można sobie ufać bezgranicznie, że można nauczyć się, w którym kierunku jedzie pociąg (hihi) i że w ogóle wszystko można, bo nawet to, co niemożliwe jest wykonalne (impossible but doable). Poza tym wiem, że nie tylko ja mam problemy, że nie tylko ja mam uczucia, z którymi trzeba sie liczyć i w ogóle nie tylko "ja, ja, ja".

Marynarz: pierwszy, który mnie zostawił ;) i dzięki temu nauczyłam się, że to jest do przeżycia i nie taki diabeł straszny :). Nauczył mnie też tego, że i ja potrafię czegoś nauczyć :)

Fotograf: ciężki przypadek; mało materiału do analizowania, a jednak...Z prozy życia: wiem kto to David Lachapelle, jak zrobić świetną kawę z samego rana; wiem kto śpiewa "Don't let me down" i wiem jednocześnie, że on nie miał pojęcia, co te słowa znaczą ;); wiem natomiast, że The Cure to nie tylko dziwny koleś z szopą na głowie, ale pozytywna, dobrze nakręcająca muzyka. Wiem, że w życiu trzeba sobie znaleźć coś, co się kocha robić i wtedy trzeba (!!!) to robić. Wiem też, że do tanga trzeba dwojga - w pojedynke to nie tango. Na siłę nikt nie zatańczy.

środa, 11 marca 2009

22.01.2009...

- Będę o 20.00.
- Mieszkam na ul. Ulicznej.
- To do zobaczenia.

- No cześć. Pamiętasz mnie czy nie? Tylko przyznaj się! - uśmiechnięta wsiadła do samochodu i podała mu rękę.
- Jasne. Pamiętam - uścisnął jej dłoń. Nie uwierzyła. Nie pamiętał.

Wyglądał zupełnie inaczej, niż 5 miesięcy temu. Inaczej też się zachowywał. Był przystojniejszy, radośniejszy - wesołe, rozbiegane oczy. Dużo mówiła, żeby zatuszować zdenerwowanie.
- Jesteś głodna? Masz ochotę coś zjeść?
- Niekoniecznie.
- To może coś słodkiego?
Uwielbiała zdecydowanie. Konkret. "To co proponujesz? Gdzie chcesz jechać, co robić? Masz jakiś pomysł?" - to ją ominęło. Chwała Bogu.
Pewny za kierownicą, opanowany. Coś mówił. Słyszała tylko szum w uszach i bicie własnego serca.
Był drobniejszy niż go zapamiętała. Ale świetnie ubrany. W kawiarni pachniało; było niemal pusto. Dwa ciasta. On po przeciwnej stronie stołu. Rozmawiali. Dużo. Nie milczał. To dobrze. Słuchała. Dobrze się go słuchało. Oddał jej swoje ciastko i podjadał z jej talerza. Kawa. Herbata jaśminowa. Jaki facet pije herbatę jaśminową?! Rachunek. Czwartkowy wieczór.

- Mogę Ci pokazać, gdzie pracuję.
- Będziemy oglądać znaczki czy kolekcje płyt? - próbowała go onieśmielić.
Budynek z widokiem na port. Schodami w górę. Duża, surowa hala. Aparaty, tła, rekwizyty, oświetlenie. Schodami w dół.
Oboje mieli czas. Mogli jechać do knajpy albo do niego. Knajpa. Dla niej wino. Dla niego piwo. Dla niej wino. Papierosy. Już jej nie było gorąco. Teraz pot był zimny. Strach? Przed czym? Urojenie.

Ulica Uliczna. Północ.
- Mam nadzieję, że kiedyś to powtórzymy.
- Koniecznie.
Drzwi od samochodu. Bramka. Drzwi, drzwi dwrzi. Była w domu. Szczęśliwa. SMS. "Mam nadzieję, że kiedyś to powtórzymy. A tak nie chciałem, żeby brzmiało, jak z tandetnego filmu". SMS. "Ja też się nie wysiliłam". SMS. "Kładź się już spać, bo późno". SMS. "Nie zasnę, bo zimno". SMS. SMS. SMS... "Daj mi 10 minut. Tylko się ubiorę". Godzina druga w nocy. SMS. "Jestem". SMS. "Ale jak wyjdę i Cie nie będzie to więcej się nie zobaczymy". Był. Wsiadła. Oboje nie wierzyli, że to się dzieje. Kilka ulic dalej. Serce groźnie grzmiało - chciało wyskoczyć. Wzięła głęboki oddech.

Mieszkanie pachniało drewnem. Było małe, przytulne, zakurzone. Piękne. - Dom - pomyślała. Otworzył wino. Usiedli w kuchni, na kanapie. Denerwował się. Na pewno. Nie potrafił tego ukryć. Rozmawiali. O wszystkim. A może prawie o wszystkim. David Lachapelle - kolorowa groteska. 5 rano... a może 6...
- Wiesz, że teraz musisz mnie zawieźć do domu?
- Mówisz poważnie?
- Jasne - uśmiechnęła się i szukała zgrozy na jego twarzy. - No dobra. Daj mi jakieś spodnie do spania. Padam na twarz.

Łóżko było dwuosobowe. Pościel jasna. Ona po jego lewej. Nie wiedział, co ma zrobić, co myśleć.
- Zachowaj się niestandardowo. Nie jak typowy samiec.
Przytuliła się mocno. Pachniał szczęściem. To miejsce pachniało szczęściem. Była szczęśliwa.
Rano zrobił kawę. Znalazła swoje miejsce na ziemi.
.......................................................................................................................................

29.01.2009...

- Proszę, porozmawiaj ze mną.
- Nie mamy o czym rozmawiać.
Czerwone od krwi, posiniaczone ręce. Spuchnięte od płaczu oczy. Prosiła. Nie chciał.

.......................................................................................................................................

11.03.2009

Było ciemno. Nie widziała jego twarzy. Miał charakterystyczny chód. On czy nie? Wolała nie... jednak on. Żołądek podszedł do gardła. Serce zawyło i wszystkie szwy puściły. Wyszedł. To dobrze. Zapalono światła. Ubrała kurtkę, odwróciła się. Nie wyszedł. Siedział za nią. Zamarła. Spuściła wzrok. W kącie zapaliła papierosa. Nie widziała jego twarzy. Udawał, że jej nie zna. Mijając go trąciła kurtkę. Przez dym przedarł się znajomy zapach. Wyszła. Była 20.00.

Ludzcy

Jesteśmy odpowiedzialni za tych, których "oswoiliśmy" - tak sądzę. Niestety nie każdy chce taką odpowiedzialność wziąć na siebie, bądź też w momencie wiązania się w jakikolwiek sposób z inną osobą, nie zdaje sobie sprawy z tego, że staje się za nią odpowiedzialny. Tak właśnie ludzie, którzy wiele dla siebie znaczyli stają się wrogami. Jedna rysa na szkle i po bajce. Ci, którzy nie potrafią wziąć na barki siebie i tej drugiej strony jednocześnie, nie powinni wchodzic w relacje z innymi. W ogóle.

Każdy rodzaj związku może się rozlecieć. Czasem nawet nie zdąży się dobrze rozwinąć, jeszcze nie nabierze rumieńców, a już można go położyć do trumny.

Pytanie zasadnicze w takiej sytuacji brzmi: jak mnie wtedy potraktujesz? Udasz, że nigdy się nie znaliśmy? że wcale nie robiłeś rano kawy i nie całowałeś w szyję? i czy ja też mam udawać? Jeśli oboje tak potrafimy - w porządku. Co jednak, jeśli jedno z nas nie zmyje z siebie tak po prostu zapachu drugiego? co, jeśli słyszy w uszach głos, który śpiewał w samochodzie? co, jeśli pamięta dokładnie sposób, w jaki dłonie układały się na aparacie, jeśli widzi nad sobą twarz, której już nie zobaczy? Co wtedy?

Tu właśnie pojawia się kwestia odpowiedzialności. Czym ona jest, albo czym powinna być?
Wiem, że jest Ci ciężko, ale postaraj się zrozumieć..
Rozumiem - pękło Ci serce. Chodź więc na spacer - wytłumaczę Ci jeszcze raz..
Pomogę Ci - to oczywiste..
Nie odwracam się od Ciebie, ale w tej chwili nie potrafię stanąć na wysokości zadania..
Nie wyszło, ale nie musimy rozstać się jako wrogowie..
Dla mnie to też nie jest łatwe, ale uporamy się z tym..
Porozmawiamy, damy sobie trochę czasu do namysłu, poukładamy pewne sprawy..

itd..

Nie jestem alfą i omegą. Może odpowiedzialność nie na tym polega. Może to, co powyżej, to tylko zwykła ludzka przyzwoitość. Ale nawet ona podpowiada, że nie zostawia się na pastwę losu ludzi, którym pozwoliliśmy się do siebie zbliżyć i do których sami się zbliżyliśmy. Chociaż jesteśmy z krwi i kości, to nie ból fizyczny jest największą krzywdą. Nie przez niego cierpimy najbardziej. Najbardziej bolą słowa. To właśnie one tną głębiej niż żyletka; pozostawiają blizny, które nie bledną z czasem. Trzeba być odpowiedzialnym właśnie, żeby nie pociąć kogoś n kawałeczki. Odpowiedzialnym albo chociażby przyzwoitym. Przyzwoitym albo po prostu ludzkim.

Ludzcy ludzie. Takich jest najmniej...

wtorek, 10 marca 2009

Po prostu

"Pytanie jest proste i odpowiedź jest prosta. Ale to nie jest takie proste" - talent Lecha Wałęsy do wygłaszania podobnych bon motów jest godny pozazdroszenia. Cała aula studentów (i nie tylko). Kamery, aparaty, mikrofony i On - "gwiazda" spotkania (o Andrzeju Gwieździe też było). Przyznaję - nie słuchałam całego wykładu, umykały mi pytania i odpowiedzi. Pewne kwestie mnie jednak poruszyły.

Po pierwsze ta najbardziej banalna - Człowiek - Elektryk stoi przed tłumem "wykształciuchów" i czuje się jak ryba w wodzie. Zna swoją wartość, wie co zrobił dobrze, a co mógł zrobić lepiej. Popełnia błędy językowe, uciekają mu myśli. Ale na sali czuć to coś w powietrzu... podziw? szacunek?

Po drugie pytania, które zadają młodzi zaliczam do wygodnych i tendencyjnych - nic świeżego. Da się to wytłumaczyć. Sama głosu nie zabrałam, może właśnie dlatego, że trudno zadać pytanie komuś, komu zadano już chyba wszystkie możliwie sensowne. Próba dyskusji z byłym prezydentem kończy się fiaskiem: ona stara się drążyć temat, Wałęsa krąży wokół teamtu, a aula jest poirytowana jej dociekliwością. Jakby akurat jemu nie wypadało zadawać niewygodnych pytań, jakby jego nie wolno było drażnić. Jakby on to wcale nie był on, tylko ON. A szkoda. Skoro pojawiła się jedna krnąbrniejsza to uważam, że trzeba było jej przyklasnąć i pozwolić trochę "powalczyć". Przypuszczam, że gdyby na miejscu Człowieka z Wąsem pojawił się Człowiek Bliźniak, to waliliby w niego pytaniami bez pardonu - im "wredniejsze" tym lepsze. A propos Człowieka Bliźniaka (obojętnie którego) - sam Człowiek z Wąsem nie omieszkał nieco z niego zakpić. Aula "zawyła" z zadowolenia (chleba i igrzysk; jak to fajnie, kiedy wali się w kogoś pomidorem).

Po trzecie - właśnie - czy wypada walić pomidorem w innych komuś, kto powszechnie uchodzi za żywą legendę; komuś, z kogo zdaniem liczy się świat polityki (i nie tylko)? Może lepiej wbić subtelną szpileczkę, utrzeć lekko nosa? I ma to w ogóle znaczenie, czy to pomidor czy szpila? Boję sie użyć tego słowa, żeby nie spadły na mnie gromy (poza tym mam jeszcze mleko pod nosem i pewnie mi nie wypada), ale co z KLASĄ? (i nie mówię tu o naszej ani waszej klasie tylko o jego Klasie).

Po czwarte razi mnie brzydota w połączeniu z pięknem. Jeśli coś jest piękne, to niech będzie takie od początku do końca. To samo z brzydotą. Nawet całościową brzydotę mogę uznać za piękną. Ale taka mieszanka mnie zniesmacza. Łączenie ważnych haseł - patriotyzm, solidarność, wolność, praca, poświęcenie etc. - z obrabianiem komuś tyłka, z szyderą - nie podoba mi się ani trochę.

Szanuję go. Nawet bardzo. Nie było mnie w kraju, kiedy on go zmieniał. On, a w zasadzie oni, bo przecież było ich więcej. Nawet, gdybym była, to niewiele mogłabym wskórać, nie przyczyniłabym się do suksesu - byłam berbeciem. Pamiętam tylko babcię, która gotując mi na kolację parówki zerkała nerwowo w telewizor i ogladała obrady okrągłego stołu. Dla niej ten facet z wąsem był wtedy wielki, ogromny. I dalej jest. I dla mnie tak samo. Chociaż nie potrafię podziwiać go tak bezkrytycznie jak ona.

Sprawa jest zatem prosta: on jest niezwykły i zasłużony i tego mu nikt nie odmówi...a jednak podziwianie go nie jest takie proste.


PS.: Nie ma co się doszukiwać w powyższym moich osobistych sympatii plitycznych - nie posiadam takowych ;)

poniedziałek, 9 marca 2009

Wanny szorowanie, sensu szukanie

Miał być nowy miesiąc, nowy tydzień, nowy dzień.. A tu marzec podobny do lutego, podobny do stycznia. Mniej burzliwy, więcej w nim nudy - fakt, jednak wcale nie lepszy. Uczuciowo pusto, finansowo podobnie, a pod względem wrażeń (wszelkiego rodzaju) jak wyżej. Życie towarzyskie dogorywa..

Śniegu mniej, energii mniej, osobników płci męskiej podobnie. Mniej kawy, mniej papierosów (od 6 dni w zasadzie w ogóle). Więcej lodów czekoladowych z bitą smietaną i polewą czekoladową. Więcej sadła, więcej psich niespodzianek na trawnikach i - o zgrozo - nawet na chodnikach. Więcej też kurzu na szafkach, śmieci w kuchni, włosów na nogach (efekt braku samca). Więcej kompleksów, więcej pustki w głowie, mniej pewności siebie.

W takim stanie najlepiej wziąć odkurzacz, szmate, detergenty, zakasać rękawy i zacząć od syfu we własnych 4 kątach (tak badzo własnych, że dzielonych z 3 współspaczy, tak bardzo własnych że co miesiąc przychodzi poborca i zdziera pokaźną sumkę za wynajem 4 łóżek, wanny i sedesu). Po generalnym odszczurzaniu może łatwiej byłoby pozbyć się szczurów z życia..

W każdym razie okazuje się, że sprzątanie może mieć sens..

A jak trzeba zrobić porządek we własnym życiu, to można zacząć od szorowania wanny...