sobota, 14 marca 2009

Pisane nocą

- Jeszcze Twoje rękawiczki – powiedziała cicho, tak, żeby nie usłyszał, żeby nie zabrał ich od razu. Nie odwrócił się, choć był wciąż niedaleko. Może nie chciał się odwrócić, a może wiatr zagłuszył jej ciche słowa.

Mówił. Dużo, szybko, niewyraźnie, czasem nieskładnie. Powtarzał się. Pachniał wodą toaletową, papierosami i czymś jeszcze, co trudno nazwać. Może tak pachną uczucia…
Przysuwała twarz do jego skroni, szyi, do policzków – zastygała w bezruchu na sekundy, minuty. Całowała jego pieprzyk pod lewym okiem i bliznę nad ustami. Miał długie szczupłe palce; przeczesywał jej włosy raz po raz. Mówił, że dla niego smakuje jak truskawki. Takie słowa chwytała łakomie i chowała do kieszeni pod sercem.

Słuchała. Cierpliwie, nie przerywała, zapamiętywała. Kiedy zaś ona mówiła, nie rozumiał jej. Słyszał dźwięki, wyrazy, całe zdania. Ten sam język nabierał innego koloru; te same słowa miały dla obojga inny sens, różne znaczenia. Nie mówiła wierszem - nie czytał między wierszami. Chciała mu jednak dać czas, chciała dać czasowi czas. Starał się i chciał rozumieć i wiedziała o tym. Próbował i to jej wystarczało. Znali się krótko. Wszystkiego trzeba się nauczyć. Innego człowieka nauczyć się jest najtrudniej - to sztuka. To kumulacja wszystkich sztuk. To dźwięki – słowa w przestrzeni, oddechy; muzyka rozmów, koncert wiolonczelowy na pięć łez, gitarowe solo na dwie dłonie. To obrazy, kolory – jego zielone oczy, jej ciemne włosy, ich czarne rozstania, zamglone spojrzenie, drżące uda. To rzeźba – on pochylony nad nią: szczupły, gibki, gładki, ona przy nim: miękka, okrągła, szczupłe nadgarstki, szerokie biodra.

Byli tak różni, że aż podobni; tak podobni, że różnice same wychodziły na plan pierwszy. Dwa odmienne życia, z których jedno obce chwyciło drugie obce za rękę. Dwie pary płuc, papierosy z jeden paczki. Razem mieli 12 kolczyków i trzy tatuaże; statystyka blizn bliżej nie znana.

Poruszał się po omacku, dotykał na oślep trafiając za każdym razem. Wyczarował jej na ciele armię dreszczy. Zrobił z niej jedno duże, czułe miejsce.
Całowała go w szyję, bo sama to lubiła, gryzła delikatnie w ucho, bo sama to lubiła, przesuwała palcami po jego plecach, bo sama to lubiła. Uczuciowa egoistka. Może podobał mu się jej egoizm? Musiał akceptować (może nawet lubić) jej samolubność, skoro tak mocno ją do siebie przytulał i miał ten obłęd w spojrzeniu, który mówił wszystko. Chciwość i łapczywość były w każdym jego geście. Kołysał ją nie do snu. Kołysał nią.

Dla niego była dobrym złem. Uzależniająca, trudna do zdobycia, wyniszczająca. Nie zdążył poznać składu chemicznego, ale działała – to było najważniejsze. Serce znowu biło, był spokojniejszy, myśli odlatywały w innym kierunku. Małe dawki przestały mu wystarczać. Chciał więcej i więcej… na myśl o odwyku dostawał mdłości.

Był jak plaster osłaniający ranę, jak miód w gorzkiej herbacie. „Jesteś lekiem na całe zło” – myślała. „Czy jesteś lekiem na całe zło?” – pytała zaraz potem. Nie odpowiadał. Dosypywał cukru i dolewał mleka do mdłej czekolady jej życia. Chciała pić mocną, gorącą i słodką czekoladę z największego kubka. Pytał, czy zamieszać i podawał jej wprost do picia, żeby nie poparzyła palców.

Bała się czekania, bała się rozstania. Bała się rozstań i powrotów; po powrotach są rozstania. Nie chciała wybiegać myślami do przodu, ale myśli same odpływały i szukały go pod masztami, pod banderami. Wróci – nie wróci. Jeśli wróci, to kiedy i do kogo? Będzie wciąż taki sam? Będzie pamiętał? Ile razy skłamie? A jeśli nie wróci, to co z nią będzie? Pęknie jej serce? Może nie pęknie, ale stwardnieje.

Czy on się czegoś bał? Bał się przebudzenia. Cieszył się swoim snem na jawie; cieszył się radością niespokojną. Idealista-marzyciel utonął w bezsennym realizmie - w niej. Zabłądził w jej włosach, utknął w pułapce jej ud. Choć uwięziony, oddychał wolnością głębiej niż kiedykolwiek. Teraz miał skrzydła i był wysoko. I patrzył na nią stojącą na ziemi, wahającą się: dać się porwać i unieść, zostać na bezpiecznym lądzie? Ten w górze to anioł czy kruk?

Miał w sobie optymizm i życie dla dwojga. Zarażał. Dawał, więc brała. Nie chciała wszystkiego. Chciała tylko mały kawałek, okruch tego światła, które widział, kiedy patrzył w przyszłość. Swoimi życiożernymi cieniami nie chciała się dzielić. Bała się, by go nie zarazić smutną chorobą smutnych ludzi.

Wbrew naturze, nauce, wbrew niemu i sobie samej chciała wierzyć, że plus i minus dają wynik dodatni. Że czarny z białym daje białe. Że zielony z niebieskoszarym daje najpiękniejszy z kolorów.

3 komentarze:

  1. Jeśli mogę... pisz "sprawniej". Znaczy ja odbieram to jako zbyt szumne i szerokie.

    Może tak ciaśniej trochę...

    Styl masz bardzo si...

    Ale ja się nie znam na pisaniu... ot luźna uwaga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo to miało być szumne i szerokie :)ale wiem - czasem mnie ponosi :) staram się "ciaśniej" tylko wtedy brzmi trochę jak seria z karabinu maszynowego ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Karabin maszynnwy jest bardzo skuteczną bronią... :)

    OdpowiedzUsuń

Opcja 'komentarze anonimowe' po co jest - każdy wie. Jeśli jednak komentarz będzie obraźliwy lub po prostu głupi (typu "ale to głupie")zostanie usunięty. Obraźliwy nie znaczy niezgodny z poglądami autorki ;)
Zachęcam do podpisywania się - będzie mi łatwiej odnosić się do komentarzy.