Powiedziała mi pewna osoba, że jeśli chcę spełnić swoje marzenia, to muszę zacząć nad nimi pracować, muszę "od czegoś" zacząć. Od bzdury chociażby. Mały start; małe kroczki; tiptopkami mozolnie do przodu.
A ja na to wcale nie jak na lato. Strach mnie obleciał. Spełnianie marzeń... marze o spełnianiu marzeń! Równie mocno jednak, jak pragnę pewnych rzeczy, boję się, że się nie spełnią. I oto mamy blokadę: po co wziąć się do roboty, skoro może się nie udać?; po co, skoro ktoś wyśmieje, skrytykuje ostrymi słowami, nie doceni?
Jak to mawiają w kręgach inglisz: no risk, no fun. Zaryzykowałam więc i oto pierwszy mały kroczek został poczyniony: składam swoje baaaaardzo chaotyczne ;) myśli w wyrazy, wyrazy w zdania itd. Ze zdań powstaje to, co na tej stronie przeczytać można. Pierwsze koty za płoty. Dalej boję się kubła zimnej wody, tego, że decyzją mądrych głów dołączę do grona grafomanów. Ale jeśli nie wystawię się na taką właśnie krytykę, skąd będę wiedziała, czy jest ze mnie materiał na coś więcej? Zdanie rodziców i życzliwych osób z otoczenia owszem - jest ważne, ale nie szczególnie miarodajne :) Podnosi na duchu - fakt. Ale z reguły bardziej liczymy się ze zdaniem tych, którzy nie liczą się z naszymi uczuciami i walą prawdę między oczy.
Ten pierwszy mały krok w drodze do pisania książek pozwolił pozbyć się strachu przed byciem ocenianą. Daję sobie prawo do popełniania błędów. Czekam, aż mi ktoś te błędy wytknie, pod nos podsunie. Trening czyni mistrza. No to trenuję.
Odleciałam zupełnie od wątku, który pojawił mi się w głowie zanim usiadłam do pisania.
Na jednym z blogów toczy się dyskusja, czy młoda artystka z Warszawy proponuje coś ciekawego, czy wystawia chałę. Moje pierwsze wrażenie - chała. Ni przypiąć ni przyłatać. Żaden ze mnie krytyk sztuki, ale jako przeciętny odbiorca mówię szczerze - nie podobało mi się. Zwłaszcza forma, bo przesłanie może nawet niezłe (celowo nie podaję nazwiska arstystki itd. bo nie o samą wystawę mi chodzi).
Dołączyłam zatem do grona tych, dla których przedsięwzięcie było zdecydowanie "fuj".
Teraz trochę się tego wstydzę. Tego, że przeczytanie tych wszystkich kwaśnych komentarzy mogłoby podciąć jej skrzydła, zniechęcić do robienia czegoś, co na pewno kocha.
W rzeczywistości podziwiam jej odwagę. Dużo musi kosztować młodego artystę zmierzenie się ze zdaniem starych wyjadaczy - obojętnie w jakiej dziedzinie.
I proszę bardzo: artysta niby taki wrażliwiec, a jednak musi mieć jaja, żeby go inni wrażliwcy nie zjedli z włosami ;)
poniedziałek, 16 marca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
kocham frytki :D
OdpowiedzUsuńTak Miśku - ja też ;) bardzo na temat ;P
OdpowiedzUsuńNo niestety tak to jest. Albo skrytykuje Cie ktoś z kogo zdaniem się liczysz, albo ktoś o kim nic nie wiesz i wówczas boli bardziej.
OdpowiedzUsuńMój Dobry Kolega mawia, że zanim odniesie się do słów przedmówcy, profilaktycznie sprawdza jego "dorobek" w dziedzinie, o której ów komentator się wypowiada. Ot tak, profilaktycznie :)
To dobra zasada.
Asekurant jeden :) czyli jeśli niczego się nie dowie o przedmówcy to milczy? ;) albo jak ktoś ma więcej doświadczenia, to nie wdaje się w dyskusje? ja wrecz przeciwnie. Dyskusja z kimś bardziej doświadczonym może mnie zmiażdżyć ;D ale może tez sporo nauczyc. Profesor też człowiek, tyle ze mądrzejszy..a od kogo sie uczyc, jak nie od mądrzejszych? :)
OdpowiedzUsuńPS: witam Cie Iczku jako mojego pierwszego oficjalnego obserwatora ;)
Natalia - to tak nie działa. Dyskusja z kims o wiekszym doswiadczeniu zazwyczaj konczy sie pouczaniem i cwaniakowaniem z jego strony.
OdpowiedzUsuńWarto siegnac po dorobek. TO nic zlego. A czesto spowoduje, ze odpuscisz sobie jałową dyskusję.
Byłeś Iczku na Kosycarzu w środę? Byłam, trochę posłuchałam i wiesz co? - nie wydaje mi się, żeby koleś pouczał i cwaniakował, a miał dużo więcej doświadczenia niż reszta na sali. Może opowiadał trochę o pierdołach,ale przynajmniej miał dar do opowiadania pierdól i fajnie się tego słuchało :)
OdpowiedzUsuńPS: ostatnio powiedziałam koledze, ze zainteresowałam sie troche fotografią..."Ty też?" - powiedział zdziwiony. I dodał, że to teraz taka moda, mainstream i w ogóle wszyscy chcą być fotografami. I tak mnie to jakoś zniesmaczyło. Moze rzeczywiście lepiej zostawić tę dziedzinę osobom, ktore autentycznie to czują? A z drugiej strony, moge tez potraktować to po prostu jako hobby racja? :)