To nie jest preludium, ani przesłuchanie, ani próba generalna. To jest to. Już. Teraz. W tej sekundzie i w każdej następnej. Ucieka. Pędzi. Przelatuje między palcami. Każdy ma tylko jedno.
Trudno to opisać. Smutek? - na pewno. Przerażenie? - też. Zgroza...tak - zgroza.
Nie ważne, czy 80, czy 20. Po każdej takiej stracie boli wszystko, boli każda komórka ciała, a do głowy przychodzą myśli, które na codzień chowają się w ciemnych zakamarkach szarych komórek. Bo czy myślimy na każdym kroku o tym, że w końcu przysypią nas ziemią? I dobrze, że nie myślimy, że tak mądrze jesteśmy skonstruowani i chowamy gdzieś w podświadomości wiedzę o tym, że z każdą chwilą umieramy.
Bywa jednak tak, że kostucha jak dżdżownica po deszczu wyłazi na powierzchnię jaźni. I wtedy następuje paraliż. Bo jak to? No jak? Tak po prostu?
Stopniał śnieg i dwa ciała wystąpiły jak żołnierze z szeregu. Zupełnie nagle, po pięciu miesiącach wrócili do swoich rodzin i przyjaciół. Ale już nie tacy jak kiedyś. Ona cichutka i on też milczący. Zdystansowani, chłodni. Zimni. Przeleżeli w górach, pod śniegiem prawie pół roku.
Długie godziny, dni, tygodnie niepewności. I w końcu są. Nie tacy, jakich chcieliśmy odzyskać. Zupełnie inni. Taki powrót przynosi tępy, piekący ból i ulgę jednocześnie. Odchodzi niepewność, zastępuje ją żałoba.
Szybko, jak widoki za oknem pędzącego pociągu, przelatują obrazy. Takie sprzeczne, takie chaotyczne. Tu się uśmiecha i żartuje, a tu już leży sina, zimna, zrezygnowana. Nie wymażę z pamięci tego, jak mówiła "giełtki" zamiast "giętki" i "majoł" zamiast "mają". Miała takie przenikliwie niebieskie oczy. Krótkie włosy, chustka na szyi... nick na forum: ciasteczkoludek. Świetnie oddawał jej naturę. Słodka, ciepła, szalona. Jeszcze nieco niewinna, energiczna. Piskliwy głos, kiedy w dyskusji dopadały ją emocje. Była mądra. Tak właśnie. Inteligentna - też, ale przede wszystkim mądra. Rozsądna. Ale to nie mądrość i nie rozsądek zaprowadziły ją w wysokie góry.
Chciałabym pamiętać tylko jedno - jak brała z życia garściami. Ale teraz przed oczami mam tylko jedną (powiedziałaby "jednoł") stop-klatkę: przerażona, zmarznięta, daleko od domu ,wysoko w górach słabnie. Boi się. Za każdym razem boję się razem z nią. Cholernie się boję i jest mi równie zimno; drętwieją kończyny. On jest w pobliżu - też już słaby, zrezygnowany. A może jednak nie. Może we dwoje dają sobie nadzieję i resztkę ciepła.
Myślałam: jak wrócisz, za karę dostaniesz kopa w tyłek. Wróciłaś. I jedyne co mogę zrobić, to zapalić Ci świeczkę.
Olga Witczak. Jakub Wancław.
poniedziałek, 4 maja 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ładnie to napisałaś...
OdpowiedzUsuńJa znałam Olgę i Kubę tylko z korytarzy IX-tki, ale odkąd się dowiedziałam o ich odnalezieniu nie przestaję o tym myśleć... nie wiem dlaczego, przecież praktycznie ich nie znałam... ale te piękne oczy Olgi i Kuby też- przenikliwy chochlik w nich -nie dają mi zapomnieć...
[*]
A.
Dziewczyno.pięknie to napisałaś,piękniej już nie można! Czytając płakałam serdecznie jak na pogrzebie śp.Olgi i Kuby.Masz wielki talent,musisz pisać!!!
OdpowiedzUsuń