wtorek, 26 maja 2009

Walizka

W swojej twierdzy miał walizkę. W niej cały swój dobytek. I choć myślał już kiedyś nad tym, żeby zamknąć ją szczelnie i wywlec z twierdzy, to nie miał odwagi. Nie miał odwagi i nie chciał zostawiać swoich trzech ścian. Jak to trzech ścian? Ano trzech. Bo choć ściany były cztery, to on nie chciał porzucić trzech z nich. Czwarta ściana była ścianą nośną.

On i ściana nośna obiecali sobie kiedyś, że wspólnie będą podporą twierdzy. On miał dbać i kochać swoje cztery ściany, a ona czekać na niego i pod nieobecność dźwigać twierdzę na swoich ramionach. Pewnego razu jednak pękła. A on w końcu zauważył rysę na ścianie nośnej swojej twierdzy. "Obiecałaś, ze nigdy nie pękniesz" - powiedział. Milczała. Odtąd w twierdzy zapanował chłód. Przez rysę w ścianie nośnej wlatywał wiatr i chulał w każdym kącie. Ciepłe dni odeszły; w twierdzy zapanowała zima.

Wracał codziennie do twierdzy, ale przestał traktować ścianę nośną jako współ-podporę. Doglądał trzech pozostałych ścian, z kórych jedna była najstarsza, jedna młodsza i jedna najmłodsza. Kochał te ściany nad życie. Ale coraz częściej patrzył na swoją walizkę. Mógłby ją wynieść; spakować i wynieść walizkę do innej twierdzy...mógł przecież. Ale nie chciał zostawiać swoich trzech ukochanych ścian. A i czwarta - choć pęknięta - wciąż miała jego szacunek.

Pewnego dnia - a był to dzień jesienny i w twierdzy panował ogromny chłód - wyjął z walizki szalik, parę butów i ciepłe skarpetki i wyszedł z domu. Poszedł obejrzeć inną twierdzę, a w zasadzie małą, ale ciepłą izdebkę. Wszedł do niej, obejrzał dokładnie - wszystkie ściany były całe, nienaruszone. Usiadł w starym fotelu wśród nowych, przyjaznych ścian i poczuł ciepło. Chciał zostawić płaszcz i szalik; odwiesić je na wieszaku w małej izdebce i zasnąć w fotelu; zapomnieć o zimnej twierdzy. Ale nie mógł. Musiał wrócić do swoich trzech ukochanych, własnoręcznie murowanych ścian; ścian, które codziennie czekały na niego w tym samym miejscu, ścian, za które był odpowiedzialny i kóre przecież kochał nad życie. Ubrał więc płaszcz, owinął szyję szalikiem. Zanim jednak włozył buty, zdjąl ciepłe skarpetki i zostawił je w małej izdebce. W izdebce z radości skrzypnęła podłoga.

Od tej pory co jakiś czas otwierał swoją walizkę, wyjmował drobne przedmioty i ukradkiem, w wielkiej tajemnicy przed twierdzą i resztą świata zanosił je do izdebki. W małym, skromnym mieszkanku budziło się zycie; pokoik czekał na niego i otwierał swoje drzwi z zachwytem; ze smutkiem słuchał zgrzytu zamka, gdy On wychodził i udawał się w stronę twierdzy. Ale izdebka była mądra - wiedziała, że nie może konkurować z ogromną twierdzą. Twierdza była jego Domem, izdebka tylko ucieczką w ciepło i ukojenie. Izdebka jednak cieszyła się z pojedynczych koszul wiszących w szafie, ze skarpetek zostawionych tego pierwszego dnia, z zimowej czapki lezącej na półce. Czekała cierpliwie i wierzyła, ze On w końcu zostawi w małym mieszkanku swój płaszcz. On jednak za kazdym razem wstawał, patrzył na izdebkę ciepłym wzrokiem, po czym zdejmował płaszcz z wieszaka i przekręcał klucz w zamku. Wracał do twierdzy.

Izdebka z miłością i oddaniem wynajmowała Mu swoje pokoje, ale chciała lokatora na stałe. Takiego, który jadłby śniadanie przy stole jej kuchni i spał w łózku jej sypialni. Czekała więc. Czekała i po cichutku miała nadzieję, że on w końcu przyniesie walizkę, ze zostawi w przedpokoju swój płaszcz.

On jednak nie myślał nawet o opuszczeniu twierdzy. "Wybudowałem te ściany i muszę ich doglądać. Nie wyobrazam sobie zycia wśród innych ścian". Tak jej powiedział. Gdy siadał w jej fotelu, nie potrafiła się tym cieszyć. Moment jego wyjścia i powrotu do twierdzy przesłaniał te drobne chwile radości, gdy odwiedzał małe mieszkanko.
"Wiem, że zostawiam odciski na klamkach twoich drzwi, ze rysuję podłogę, że czasem ochlapię fotel czekoladą. Jeśli będzie to dla Ciebie lepsze, zabiorę swoje rzeczy, oddam Ci klucz i nie będę więcej przychodził" - mówił ze smutkiem w oczach. "Nie chcę tego klucza. Wracaj, gdy tylko będziesz mógł. Moje ściany na Ciebie czekają" - odpowiadała. Ale ściany izdebki poszarzały. Z dnia na dzień traciły blask i świezość. Fotel skrzypiał, a izdebka kwiliła cicho, bo było jej pusto.

Pewnego dnia przyszedł jak zawsze: przekręcił klucz w zamku, powiesił płaszcz w przedpokoju. Na fotelu leżały ciepłe skarpetki zwinięte w kłębek, lezały koszule złożone w kostkę, a na nich zimowa czapka. Rozejrzał się dokoła. Włozył ubrania do duzych kieszeni płaszcza. Ostatni raz usiadł w fotelu, po czym wstał, zamknąl drzwi, a klucz zostawił pod wycieraczką.

Po wszystkich tych miesiącach izdebka z przytulnego pokoiku zamieniła się w szarą suterenę. Nie chciała juz zadnego lokatora. Nie chciała niczyich koszul w swojej szafie. Nie chciała, zeby ktoś inny siadał w fotelu. Fotel zapadł się nieco, a odbicie na oparciu wciąz pamiętało jedynego na nim siadającego.

Wrócił do twierdzy. Spojrzał na walizkę, której nie miał odwagi wynieść z czterech ścian. Włozył do niej koszule, skarpetki i czapkę. Zamknął walizkę na kłódkę; juz nigdy nie wyniesie zadnych ubrań do innego mieszkania. A ściany? Starsza, młodsza i najmłodsza tkwiły niewzruszone, zajęte widokiem na zewnątrz i obserwujące kazda swoją stronę świata. Z pęknięcia na nośnej zrobiła się wyrwa i teraz wraz z wiatrem do twierdzy wpadał deszcz i śnieg.

Otulił się płaszczem; wybrał marznięcie w imię milości do swoich trzech ścian.

Izdebka pokryła się kurzem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Opcja 'komentarze anonimowe' po co jest - każdy wie. Jeśli jednak komentarz będzie obraźliwy lub po prostu głupi (typu "ale to głupie")zostanie usunięty. Obraźliwy nie znaczy niezgodny z poglądami autorki ;)
Zachęcam do podpisywania się - będzie mi łatwiej odnosić się do komentarzy.