Pada deszcz. Przepiękny, orzeźwiający, nieco bury i ponury, ale wciąż urzekający deszcz. Deszcz ciepły i mokry.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam go za oknem. Spływał łzawymi kroplami po szybie, wsiąkał w bieliznę powieszoną na czerwonym sznurku. Wciąż w jednym kierunku - w dół w dół w dół. Wpijał się w fioletowe fiołki i źdźbła zasadzonego w doniczce szczypiorku.
Był smutny, poważny taki, zadumany. Z godnością znosił całą tę nienawiść i gorzkie pod swoim adresem słowa, bo "znowu leje", bo "cholera co to za pogoda", bo "co to za lato, jak wciąż pada", bo "w czasie deszczu dzieci się nudzą". I tylko wszystko, co zielone witało go z otwartymi ramionami i delikatnym szumem liści śpiewało na jego cześć.
Zrzuciłam więc sukienkę, stanęłam na zielonej polanie i objęłam go nagimi ramionami. Pocieszałam i wysyłałam miliony uśmiechów. A on z zadumą błądził po mojej twarzy i z wdzięcznością spłukiwał cały kurz tego świata.
wtorek, 28 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
piękne...
OdpowiedzUsuń^ o tak...
OdpowiedzUsuń