Nigdy nie palę za sobą mostów. Nie warto. I to nie chłodna kalkulacja, beznamiętna rachuba. To po prostu j a. Nie odcinam się od przeszłości, bo przeszłość to część mnie; nie wycinam z siebie kawałków; komponuję swoje bycie z tego, co już było, co jest, co będzie.
Czasem mosty palą się same. Tak - jest takie zjawisko jak samozapłon. Z tym, że nigdy nie wiem, co właściwie miało miejsce: most zapalił się sam, czy może ktoś rzucił zapałkę i suche żerdzie trzasnęły płomieniami? Tego nie wiem; w końcu jestem tyłem do mostu, mam go za sobą, za plecami, gdzieś krok za sobą...
Tak czy inaczej - pozostaje smutek. Bo nie ma już powrotu, bo ktoś zdecydował za mnie, bo znika jakaś droga, wyjście, jakaś ścieżka, zakręt. Znika połączenie z drugim brzegiem, z którego spojrzenie na rzekę było inne, świeże i potrzebne.
wtorek, 18 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Niektórzy palą mosty przed sobą...
OdpowiedzUsuń