Moze wrócę do planu pierwotnego: znajdę nadzianego królewicza, będę rodziła dzieci i - między spieraniem tartej marchewki a oglądaniem w lustrze kolejnych zmarszczek i poporodowych rozstępów - pisała ksiązkę o byle czym, którą nadziany królewicz wyda własnym sumptem???
Ksiązka o byle czym sprzeda się nędznie, tzn w ogóle się nie sprzeda. Nadziany królewicz zacznie robić mi wymówki i pyskówki; w domu zagoszczą częste awantury i przepychanki. W ramach zgody spłodzimy kolejnego potomka. Wszystko skończy się jednak rozwodem jak w Hollywood - będziemy wzajemnie przebijać sobie opony w samochodach i ciąć na strzępy ubrania od tandetnych włoskich i francuskich projektantów. Będziemy buntować dzieci i rozpuszczać wśród znajomych obrzydliwe plotki.
Rozwód z orzeczeniem winy puści mnie z torbami. Drogi i gówniany prawnik rozłoży ręce i zgarnie wynagrodzenie. Od ciąży spuchną mi palce i nie będę nawet mogła zdjąć obrączki. Urodzę juz jako rozwódka. Popadnę w depresję - najpierw poporodową, potem w regularną. Roztyję się do monstrualnych rozmiarów; tłuste włosy, wyciągnięty dres i pet w zębach - taki będzie mój codzienny urok. Kontakt z dziećmi będzie ograniczał się do gotowania obiadów i zmieniania pieluch. Do przedszkola nie będą chodziły, bo mnie stac nie będzie. Wszystki święta i wakacje będą spędzały z ojcem, który wciąz będzie opływał w luksusy. Comiesięcznie alimenty pójda na górę słodyczy i przekąski w makdonaldzie.
Dzieci będą się mnie wstydziły i coraz częsciej opowiadały o nowej narzeczonej tatusia. Narzeczona będzie długonogą, wąskotalią, pustogłową rudą pięknością z ognistymi seksownymi piegami i zielonymi oczami. O ile mogłabym tez przefarbować się na rudo, to z całą resztą będzie kłopot. Popadnę w jeszcze większą depresję. W akcie desperacji rzucę się z okna, zapominając, że mieszkam na parterze. Dotrze do mnie cała moja beznadziejność i popadnę w szał histerycznego smiechu. Zabiorą mnie silni panowie i umieszczą w bezpiecznym, białym pokoju bez klamek i okien. Posiedzę tam dwa, trzy lata.
Poukladam sobie w głowie, a nędzne szpitalne jedzenie pomoże mi zrzucić sadło do rozmiaru 36.
Kiedy wyjdę, kupię psa i kawalerkę na kredyt. Wszystkie ściany pomaluję na krzykliwe kolory, a największym pomieszczeniem w domu będzie kuchnia. W pięknej kuchni będę codziennie zasiadać do starej maszyny do pisania (na komputer jeszcze mnie nie stać) i na niej właśnie napisze swój pierwszy bestseller. Wszystkie doświadczenia złożę w mądrą całość i zaniosę do jakiegoś niszowego, bankrutującego wydawnictwa. Wydadzą moje wypociny nie płacąc mi honorarium. Książka o przejściach przeciętnej kobiety która chciała być nieprzeciętna zawojuje rynkiem czytelniczym.
Prawa do książki odkupią kolejno: ważne wydawnictwo o ugruntowanej rynkowej pozycji, Steven Spielberg do własnej skromnej, kilkusettysięcznej biblioteczki podręcznej oraz Time Warner.
Będę sławna, bogata i powrzechnie uznawana za utalentowaną. Byłego męża szlag trafi, a dzieci wróca z podkulonymi ogonami i na nową pokochają mamusię.
A ja większość życia spędzę w swojej małej ale dużej kuchni. Może kupię laptopa i ekspres do kawy. Pojadę do Rosji, Japonii i na Fidżi. Dam parę wykładów na Uniwersytecie Columbia.
I będę szczęśliwa.
czwartek, 28 maja 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Dobry plan. Sugeruję jednak małą modyfikację. Skoro już znasz zakończenie, to od samego początku małżeństwa zbieraj haki na swojego męża pod kątem orzeczenia winy przez sąd. Wtedy wynajmij drogiego i dobrego prawnika od rozwodów i pewną, być może niezbyt miłą część Twojego planu da się uniknąć :-).
OdpowiedzUsuńa o czym wtedy napiszę książkę? plan jest taki, ze najpierw musze sie załamać ;)
OdpowiedzUsuń5 lat na Psychologii i potem bedziesz mogla pisac o zalamywaniu (sie) innych. ;)
OdpowiedzUsuńPsychologiem raczej nie bede...ani psychiatrą..psychotykiem - może [na pewno to chciałam napisac??? ;)]...
OdpowiedzUsuń