środa, 29 kwietnia 2009

Horoskop tygodniowy 27.04.2009 - 03.05.2009


MIŁOŚĆ:
"Otaczający cię mężczyźni będą cię teraz rozpieszczać i dbać o twoje dobre samopoczucie. Im bardziej będziesz wybredna, tym lepsze osiągniesz efekty. Masz teraz swoje 5 minut i wykorzystaj je w pełni. Nie bój się, że konsekwencją takiej postawy może być samotność. Jeśliby tak się stało, to znak, że po prostu nieuchronne przyszło wcześniej."

Tak - czyli stało się ;/. Tak, jak przypuszczałam. Bycie kraczącą wroną nie jest fajne. Ani trochę. Absolutnie nie! Mówienie matce rodzicielce od lat kilku, żeby posagu nie szykowała i na wnuki nie czekała (o córce mowa, bo syn zakłada rodzinę pełną gębą ;D) wcale nie było czczym gadaniem... ale że tak szybko los mi przytaknie, tego nawet ja - pierwsza wśród czarnowidzów i pesymistów -się nie spodziewałam.

Otaczający mnie mężczyźni będą mnie rozpieszczać... ciekawa jestem niezmiernie którzy i w jaki sposób. W razie jeśli mężczyźni z mojego otoczenia właśnie tu są i czytają, to oznajmiam, że lubię:
- czekoladę "z okienkiem" (gorzką z całymi orzechami),
- filmy sensacyjne i thrillery,
- drapanie po plecach i głaskanie po głowie,
- całowanie po powiekach,
- t r u s k a w k i (!!!)
- jazz z saksofonem w roli głównej
- piwo z dużą ilością cytryny i odrobiną coli
- martini (białe) z wodą niegazowaną (i dużo cytryny)
- balsamy czekoladowe, waniliowe i owocowe
- wylegiwanie się w słońcu (niekoniecznie na gorącym, blaszanym dachu ;-D)
- mocną gorącą kawę z mlekiem z rana do łożka
- twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem
- wiersze Zuzanny Ginczanki
... wszystko to takie banalne, a miałam być wybredna...

Jeśli konsekwencją "takiej postawy" (a'la roszczeniowej czy coś) miałaby być samotność, to nie wiem, w jaki sposób naprawdę wymagające kobiety znajdują swoich amantów.

A mówił niejeden, że jestem idealną kandydatką na żonę, bo moja wzorowa randka ogranicza się do piwa, pizzy i piłki nożnej ;-D
A tu masz Ci los - wróżka mi wróży samotność!

Śluby mi nie w smak - to fakt, ale żeby tak zaraz samotność -phi!

"To znak, że nieuchronne przyszło wcześniej"...wyryły mi się te słowa w pamięci ojjjj...
I trzeba było krakać?...

S a m o t n o ś ć. Nie podoba mi się to słowo - ani nie wygląda, ani nie brzmi. Karą za jego nadużywanie może być nadanie mu wymiaru rzeczywistego. Licho nie śpi. Ale ja już prawie - z nosem przyklejonym do monitora.

Wszystkim życzę dobrej nocy, a wróżce radzę, żeby raz jeszcze zajrzała w kulę, inaczej ktoś wywróży jej kilka siniaków na czarodziejskim siedzeniu ;-)

Smak czasu

Pycha... upływ czasu jest po prostu delikatesem. Przyjemnie rozpływa się w ustach, łaskocze podniebienie. Rarytas. I tylko nieliczni potrafią go docenić. Płynie, nieubłaganie, rwie się do przodu, zostawia za sobą wszystko i wszystkich. Przyprawia twarzy zmarszczek, głowie siwych włosów, pamięci wspomnień - tez tych przykrych. Ale jest cudowny. Bo leczy. Wszystko. Nie tylko -jak to się zwykło mówić - rany. Leczy ból brzucha, kiedy ulega się łakomstwu, leczy pogruchotane uczucia i pozwala odrosnąć źle przystrzyżonym włosom.

Jest wybawcą w beznadziei. Kiedy wszystko podchodzi do gardła i żołądek już prawie wywraca się na druga stronę - wystarczy pomyśleć, że on ciągle pędzi, nie zatrzymuje się, wybiela czarne chwile w życiorysie. Wybiela, sprawia, że stają się nieważne, blade, przezroczyste.

A kiedy płoniesz ze wstydu? Zaciśnij zęby, pięści, zignoruj purpurę, która jak złośliwy wąż wypełzła w obfitej okazałości na policzki i pomyśl, że za minutę, może za dwie albo trzy to wszystko minie. Wstyd minie razem z chwilą, w której się pojawił.

Czas pędzi, pojawia się i znika jednocześnie; w tym samym momencie jest i go nie ma. Nie można określić ani momentu, w którym się pojawia, ani tego, w którym znika. Ulatnia się, zapomniany, błyskawicznie mordowany. Ale czas jest przebiegły, sprytny. Jest złośliwy, spragniony pomnika wieczności. Nie chce zostać do końca zapomniany. Rana się zagoi, ale zostanie blizna. Wstyd minie, ale czy wszyscy zapomną o momencie wstydu zawstydzonego? Nie drgnie żaden nerw na widok znienawidzonej twarzy...nie drgnie, bo już go nie ma - czas utopił go w słonej wodzie.

Płynie i to jest dobre. Dobre? Ale co to za smak? Uniwersalny? Komu smakuje upływ słodko-gorzkiego czasu? Smakuje każdemu. Jak czekolada. Jedni wolą gorzką, inni mleczną...jeszcze inni białą...biała czekolada? Co to za antagonizm? Taki, jak stojący w miejscu czas... Póki płynie jest orzeźwiającą, przejrzystą, życiodajną i normującą siłą. Jeśli się zatrzyma, zamieni się w głębokie bagno.

niedziela, 26 kwietnia 2009

Sax & sex

Jeśli Wiosna była głosem wieczoru, a DJ kręgosłupem, to Saksofon na pewno był sercem.

Żaden inny dźwięk nie przyprawia o takie drżenie i kołatanie serca, jak dźwięk dobrze granego saksofonu. To jak niekonwencjonalna, niespotykana nigdzie indziej erotyka; uwodzenie mocne i subtelne jednocześnie.

Trudno opisać muzykę...jeśli można w ogóle opisać dźwięk saksofonu, to smakuje jak ukochane, świeże, niepowtarzalne w smaku pierwsze truskawki; pachnie metalicznie, odrobinę jak wino albo szampan. Przybliż nos do dźwięku saksofonowego kieliszka, a poczujesz jak drobne bąbelki delikatnie łaskoczą w nos. Przechylasz kieliszek i pierwsze co czujesz, to mocny smak alkoholu, z którego wyłania się cały aromatyczny bukiet. Nagle ciepło. Potem każda nuta smaku dotyka innego zmysłu. To właśnie cały On - saksofon. Wprawia w stan gotowości każdy mięsień i każdą komórkę. Jest najlepszy na chandrę i najlepiej koi ból.

Pulsujące dźwięki rozkołyszą każde - nawet najbardziej oporne - ciało. To jest energia,którą kawałek wygiętego metalu wyrzuca z impetem, siłą. Podobnie wulkan wypluwa lawę. Muzyka gorąca jak lawa, orzeźwiająca jak lodowaty szampan z truskawkami. Żaden inny instrument nie ma takiego daru kołysania emocjami. Koi łagodnymi nutami, kiedy do oczu cisną się łzy i pompuje gigantyczną dawkę energii w ciało, które nie ma siły do działania.

Dwie największe fascynacje - pisanie i saksofon. Jedna z nich realizowana małymi, ale dającymi dużo satysfakcji kroczkami. Druga jest marzeniem, które kiedyś zostanie spełnione. Kiedyś na pewno. Są rzeczy kóre się po prostu wie. Ja wiem, że w końcu przyłożę usta do saksofonu i wyćwiczonymi palcami prześlizgnę po smukłym metalu. Czy pisanie mi wtedy wybaczy? Bo czy można równie mocno kochać dwoma miłościami żadnej nie zdradzając?


PS:
WIOSNA/wokal: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewprofile&friendid=280260618

KRZYSZTOF SANDECKI/saksofon: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewProfile&friendID=368618121

środa, 22 kwietnia 2009

Inwestycja na kocią łapę

Nic nadzwyczajnego. Po prostu nie marzy mi się i tyle. Nie chcę ani białej, ani ecru, ani w kolorze kości słoniowej ani bladego różu. Nie marze o orkiestrze, setce gości, welonie itp. Nigdy wcześniej nie marzyłam i do tej pory tak mi zostało. Niby nie warto używać słowa "nigdy", bo może nigdy nie dojść do skutku :), ale ja w kościach to czuję, że ślub - nigdy! Nie ja. Dzieciom nie mówię "nigdy" bo wiadomo - na hormony nie ma mocnych. Ale pragnienie stanięcia na ślubnym kobiercu mnie nie prześladuje.

Ha! Po pierwsze to trzeba mieć z kim ;) Ale nie w tym rzecz. Nawet jeśli taki odważny by się znalazł i nawet jeśli miałabym do niego ogromną słabość, to byłabym nieszczęśliwa, gdybym musiała rozważać kwestię oddania własnej ręki. No bo jak? To on miałby mieć 3, a ja tylko jedną? Już samo to nie bardzo mi się podoba. No i ten nieszczęsny kwitek, który jednak podpisać trzeba. Kolejna papierkowa robota. Jakby w życiu codziennym mało było biurokracji!
Kolejna rzecz: nazwisko. Z jakiej racji miałabym rezygnować ze swojego, skoro zupełnie nieźle do mnie pasuje? Całe swoje dotychczasowe życie byłam "M" i nagle miałabym się stać "X" "Y" albo "Z"? Można dwuczłonowe - zgoda. Jednak jak będę już podpisywała swoje zdjęcia fanom, to zajmie mi to caaaaałą wieczność ;) i zamiast kontynuowania niesamowitej, niespodziewanej kariery, spędzę ogrom czasu na smarowaniu długopisem po własnym wizerunku ;). Chyba, że on zechce dwuczłonowo; w to raczej wątpie. I w razie czego - biedne dzieci, w dzienniku szkolnym zawsze byłyby zapisywane inicjałami z braku miejsca w krótkich dziennikowych rubryczkach. Moje nazwisko to - podobnie jak moja ręka - część mnie. Nie pozbędę się dobrowolnie i bez sensu części siebie.

Może mentalnie zostałam gdzies tam w liceum, ale samo mówienie "Bo ja z mężem...bo mój mąż..." wydaje mi się takie...strasznie sztywne. Mówiąc coś podobnego czułabym się podwójnie źle: źle jako sztywniak i źle jako starszak. A mi jest dobrze mieć "chłopaka" (fakt - brzmi infantylnie i dziwnie - zwłaszcza jeśli "chłopak" ma np. 30 lat :) - wciąż jest jednak daleko z przodu przed "mężem") i być maluchem. [warto tu odnotować, że chwilowo kwestia mówienia o chłopaku "chłopak" nie spędza mi snu z powiek ;)]

Tak właśnie - zdecydowanie nie moja bajka. Jest w tym pewna rzecz, która szczególnie mnie zachwyca. Jeśli miałabym wziąć ślub i wyprawić wesele, to chciałabym takie z górnej półki. Zamierzam policzyć, ile taka impreza by mnie kosztowała i przeznaczyć w przyszłości na coś znacznie przyjemniejszego :). Interes życia ;)!

Znalezione

Tu jestem. No gdzie patrzysz!? Tutaj przecież! Spójrz trochę w prawo, nie tak daleko, wróć, jeszcze trochę...o! już prawie...jeszcze odrobinę. Widzisz? Nie? No co ty!? Nie żartuj! Ta brunetka. Oj skąd mogę wiedzieć, czy ta ładna. Ta sympatyczna. No uśmiecham się przecież - spójrz dokładnie. No szczerze się jak wariatka, a ty że niby nie widzisz? Nie - nie w sukience w kwiatki. W bluzeczce w groszki też nie. Ta w trampkach. I spodniach i t-shircie. Tak - brunetka. Ta w długich. Widzisz już? No jak mam sprecyzować?! Nos mam trochę krzywy. Oczy takie wiesz...cielęce trochę. Bez grzywki. Pieprzyk pod prawym okiem. Pod moim prawym geniuszu! Pucołowata? No wiesz, wypraszam sobie. Sam jesteś Księżyc w Pełni! Że co widać? Ze lubię słodycze? No lubię. I co z tego? Psy też lubię...w sumie to je uwielbiam. Tak - na prawym. Bo zawsze nosiłam na prawym. Na lewym nadgarstku nie umiałabym; odruchowo spoglądam na prawy. Nie, nie jestem mańkutem. Trochę przeszkadza jak piszę, ale zegarek musi być - bez niego jak bez ręki. Cóż mam ci powiedzieć? Lubię szerokie portki i już! Może i nie kobiece, ale wygodne. Mrużę bo jestem krótkowidzem. No mam, ale nie mogę się przyzwyczaić do noszenia.
Tak -są krzywe. Spostrzegawczy jesteś ;) Po tacie- też miał krzywe jak był mały. Ale jemu się wyprostowały, a mi nie i teraz raczej nie złączę kolan ;). No chyba juz widzisz? Świetnie! Tak - tu pod sklepem z pączkami. Macham do ciebie! No to się odnaleźliśmy :)